poniedziałek, 30 lipca 2012
sobota, 28 lipca 2012
Witam wszystkich serdecznie po dłuższej przerwie spowodowanej usterkami
technicznymi. Przepraszam, że tak długo musieliście czekać na kolejny wpis.
Dzisiaj troszkę cofnę się wstecz w czasie. Nie wspomniałam o usamodzielnieniu się mojego brata po opuszczeniu domu dziecka. O tym, że wyszedł bez żadnego zabezpieczenia wspomniałam już we wcześniejszym wpisie. Dodam tylko, że tak jak siostra, tak i Rysiek na początku zamieszkał w moim mieszkaniu, tyle tylko mogłam niestety im pomóc.

Długo u mnie nie mieszkał, szybko wyjechał w Polskę by szukać swojego miejsca na ziemi. Znalazł je w Warszawie, gdzie poznał swoją przyszłą żonę Anię. Na początku mieszkali na stancji a po jakimś czasie, nie wiem jak mu się to udało, lecz dosyć szybko wystarał się o mieszkanie. Myślę, że występ w programie TVP „Telewizja Nocą”, w którym był gościem, miał jakiś wpływ na całą sytuację. Oglądałam ten odcinek w telewizji. Reporterzy z kamerą odwiedzili go na stancji by pokazać trudne warunki w jakich żyją, i jak wygląda ich codzienność, choćby to jak Ania kąpie dziecko w maleńkim pokoiku. Rysiek miał okazję do tego by się wypowiedzieć, lecz do dziś nie mam pojęcia jak trafił do programu!
Niestety nie udało mu
się utrzymać rodziny, pogubił się w tym wszystkim, zupełnie nie był
przygotowany do życia! Praktycznie od urodzenia przebywał w Domach Dziecka i
gdy tylko osiągnął pełnoletniość to zachłysnął się wolnością. Wielokrotnie
prowadziłam z nim poważne rozmowy, na różne sposoby tłumaczyłam by nie zrobił tego samego
swoim dzieciom, przez co sam przechodził. Przytakiwał, nieraz płakał, lecz
niestety nie dał sobie rady i stoczył się. Ania dzielnie walczyła o dzieci,
których mieli już trójkę. Choć było bardzo ciężko, nie oddała ich i wychowała sama.
Kasia, najstarsza córka, która emocjonalnie związała się z ojcem, zawsze martwiła
się o niego. Młodsze dzieci, Grzesiu i Ola, nie chciały o nim słyszeć. Wcale im
się nie dziwię, wstydzili się taty alkoholika, który mieszkał w ogródkach
działkowych, a każdy dzień witał butelką. Wiem o tym, bo sam mi powiedział, gdy
któregoś razu będąc przejazdem w Warszawie chciałam zobaczyć jak żyje i wygląda.
Kasia zaprowadziła mnie na te ogrody, gdzie mieszkał w czyjejś altanie. Czarna rozpacz!
Idąc tam kupiłam mu trochę prowiantu, jakąś kawę i trochę owoców, bo tak
naprawdę nie wiedziałam jak mam mu pomóc. Cała litość przeszła mi w momencie
gdy zobaczyłam Ryśka! Braciszek wesolutki jak skowronek, już z daleka rozłożył
ręce w geście powitalnym i zawołał:
-
Cześć siostra! - przywitał się, poprzytulał trochę. A mi serce się
krajało, to nie był już ten sam, mój malutki braciszek.
-
Jak Ty możesz tu mieszkać? W takich warunkach? - zapytałam,
-
Normalnie siostra! - odparł wesolutko,
-
Przecież w zimie musi być tu zimno?!?
-
A Tobie w domu zimno? Palę tu w piecyku.
-
Czym Ty tu palisz?
-
A mało tu śmieci?!? - odparł zadowolony z siebie. Chwilę jeszcze
porozmawiałam i nie miałam już więcej ochoty na to patrzeć, na odchodne
powiedziałam tylko:
-
Pa braciszku, widzę że jesteś zadowolony. Jeśli tak ma wyglądać Twoje
szczęście, to niech będzie. Każdy widzi je inaczej, nic więcej dla Ciebie nie
mogę zrobić. Musisz się leczyć, inaczej zginiesz!
-
Nie martw się siostra! Ja nie narzekam! - smutne to było.
Wiem, że miał problemy
z prawem. Zalegał z alimentami na trójkę dzieci. W któreś ze Świąt Bożego
Narodzenia zaprosiłam całą jego rodzinę, by razem przy jednym stole spędzić ten
szczególny czas. Ryśka przy nim zabrakło. Rok później dowiedziałam się, że dobrowolnie
zgłosił się na policję celem odbycia kary za nieopłacone alimenty. Prawie się
ucieszyłam, to znak, że miał dość takiego życia. Było to najlepsze co mógł
zrobić. W zamknięciu nie będzie miał alkoholu, to dobra forma odwyku i dużo
czasu na przemyślenia. Jest nadzieja…
sobota, 21 lipca 2012
Drugą córeczkę urodziłam zgodnie z terminem czyli 7 maja 1982 roku. Urodziła się większa i cięższa od Dorotki o równy kilogram. Ważyła 3,450 kg i jak na mój wzrost i budowę ciała była dużym dzieckiem, blondyneczką o dużych pięknych oczach. Gdy wróciłam z maluszkiem do domu, z podwórka przybiegła Dorotka i już od progu krzyczała „Agniesia! Agniesia!”. Spojrzałam na nią zaskoczona i zapytałam:
- Dlaczego wołasz na siostrzyczkę Agniesia? - Dowiedziałam się, że jej koleżanka z klatki obok też ma malutką siostrzyczkę i ona nazywa się Agnieszka. Stąd dziecku wydawało się, że wszystkie małe dziewczynki tak właśnie mają na imię. Takim sposobem do rodziny dołączyła Agnieszka, choć miałam inny pomysł na imię.
U mojej przyjaciółki też nastąpiły duże zmiany, dostała swoje mieszkanie, dziewczynki chodziły już do przedszkola, a Terenia została kierowniczką sklepu spożywczego. Jak dziś, pamiętam ją nad stertą faktur i raportów, które trzeba było robić każdego dnia, sama za żadne pieniądze nie chciałabym tego robić! To była mrówcza praca, nie to co dziś gdy kasa fiskalna zrobi za ciebie wszystko. Obie podobnie myślałyśmy o życiu, chciałyśmy cieszyć się każdym dniem. Nie przeszkadzało nam to, że miałyśmy już po dwójce małych dzieci. Organizowałyśmy sobie różne atrakcje, tak by dzieciaki miały radość. Nigdy nie odstępowałyśmy dzieci. Często chodziłyśmy na pikniki za miasto albo jeździłyśmy nad jezioro. Pewnego razu zrobiłyśmy zapasy na kilka dni i pojechałyśmy same z czwórką dzieci na Dadaj, gdzie wokół tylko lasy i duże jezioro. Wynajęłyśmy domek kempingowy i pozostało nam tylko trzymać kciuki za ładną pogodę, a ta nas nie zawiodła. Obok naszego domku wprowadziło się dwóch młodych kolesi, takich „figo-fago”. Skrzynka piwa, trochę szpanu i już zaczęli spoglądać w naszą stronę. Śmieszyło nas ich zachowanie. Dziewczynki bawiły się w piasku lepiąc „babki”, a w tym czasie amatorzy na „kwaśne jabłka” wzięli piwo w dłoń dla siebie i po jednym dla nas i podeszli by „nawijać makaron na uszy”. Zabawnie to wyglądało. Dzieciaki szybko spostrzegły, że mamy gości i zaczęły przybiegać jedna po drugiej, wołając „Mamo…”. Za chwilę znów rozległo się „mamo…”, a po sekundzie inne dziecko również wołało swoją mamę! Gdy sytuacja powtórzyła się cztery razy, kawalerowie znieruchomieli z rozdziawionymi buziami i po minucie już ich nie było! Mieli coś ważnego do załatwienia! Niezły miałyśmy ubaw i jeszcze długo wspominałyśmy to wydarzenie śmiejąc się do rozpuku! Życie jest zbyt krótkie by tylko się zamartwiać, dlatego starałam się w każde wakacje gdzieś wyjeżdżać. By dziewczynki miały dobre wspomnienia z dzieciństwa, często korzystałam z tak zwanych „wczasów pod gruszą”, funduszu z zakładu pracy na wypoczynek.
A jak wyglądała proza życia? Dziewczynki rosły jak na drożdżach więc i mieszkanie zrobiło się trochę przymałe. Złożyliśmy wniosek do Spółdzielni Mieszkaniowej o przydział większego mieszkania. Mirek nadal pracował w SM i przynosił pobory, więc jakoś dawaliśmy sobie radę. Wciąż zdarzało mu się wracać do domu na miękkich nogach, wtedy stawał mi się obojętny, moje serce twardniało. Nauczyłam się, że szkoda mojego zdrowia na walkę z wiatrakami. Nie oznacza to, że przestałam walczyć o jego trzeźwość! Był wtedy cudownym człowiekiem, tatusiem i w ogóle można było razem z nim góry przenosić! Siostrze powodziło się też całkiem dobrze, szwagier był masarzem i bardzo ciepłym i rodzinnym człowiekiem. Bardzo go lubiłam, choć i on zaglądał często do kieliszka. Agata dużo mi wtedy pomagała, przynosząc od czasu do czasu coś do lodówki, w tamtych czasach zdecydowanie była to cenna pomoc. Nie miała swoich dzieci, więc moje kochała jak swoje. Agnieszka miała już wtedy prawie cztery latka i była słodkim aniołkiem o długich włoskach i niebieskich oczach. Kojarzyłam ją z jedną z postaci, o której czytałam w jakiejś książce z bajkami. Dla mnie była „Agnieszka skrawek nieba” i tak ma do dziś!
Decyzja o przydziale większego mieszkania przyszła bardzo szybko. Mieszkanie miało 60 mkw, z dużym balkonem, można powiedzieć lożą, bo długi był na 5m. Co prawda wylosowaliśmy mieszkanie na czwartym piętrze, trochę wysoko ale za to jaki piękny widok. Z jednej strony panorama miasta, z drugiej rzeka, pola i cudowne zachody słońca. Wieczorami znad rzeki słychać było śpiew ptaków i chciało się żyć!
- Dlaczego wołasz na siostrzyczkę Agniesia? - Dowiedziałam się, że jej koleżanka z klatki obok też ma malutką siostrzyczkę i ona nazywa się Agnieszka. Stąd dziecku wydawało się, że wszystkie małe dziewczynki tak właśnie mają na imię. Takim sposobem do rodziny dołączyła Agnieszka, choć miałam inny pomysł na imię.
U mojej przyjaciółki też nastąpiły duże zmiany, dostała swoje mieszkanie, dziewczynki chodziły już do przedszkola, a Terenia została kierowniczką sklepu spożywczego. Jak dziś, pamiętam ją nad stertą faktur i raportów, które trzeba było robić każdego dnia, sama za żadne pieniądze nie chciałabym tego robić! To była mrówcza praca, nie to co dziś gdy kasa fiskalna zrobi za ciebie wszystko. Obie podobnie myślałyśmy o życiu, chciałyśmy cieszyć się każdym dniem. Nie przeszkadzało nam to, że miałyśmy już po dwójce małych dzieci. Organizowałyśmy sobie różne atrakcje, tak by dzieciaki miały radość. Nigdy nie odstępowałyśmy dzieci. Często chodziłyśmy na pikniki za miasto albo jeździłyśmy nad jezioro. Pewnego razu zrobiłyśmy zapasy na kilka dni i pojechałyśmy same z czwórką dzieci na Dadaj, gdzie wokół tylko lasy i duże jezioro. Wynajęłyśmy domek kempingowy i pozostało nam tylko trzymać kciuki za ładną pogodę, a ta nas nie zawiodła. Obok naszego domku wprowadziło się dwóch młodych kolesi, takich „figo-fago”. Skrzynka piwa, trochę szpanu i już zaczęli spoglądać w naszą stronę. Śmieszyło nas ich zachowanie. Dziewczynki bawiły się w piasku lepiąc „babki”, a w tym czasie amatorzy na „kwaśne jabłka” wzięli piwo w dłoń dla siebie i po jednym dla nas i podeszli by „nawijać makaron na uszy”. Zabawnie to wyglądało. Dzieciaki szybko spostrzegły, że mamy gości i zaczęły przybiegać jedna po drugiej, wołając „Mamo…”. Za chwilę znów rozległo się „mamo…”, a po sekundzie inne dziecko również wołało swoją mamę! Gdy sytuacja powtórzyła się cztery razy, kawalerowie znieruchomieli z rozdziawionymi buziami i po minucie już ich nie było! Mieli coś ważnego do załatwienia! Niezły miałyśmy ubaw i jeszcze długo wspominałyśmy to wydarzenie śmiejąc się do rozpuku! Życie jest zbyt krótkie by tylko się zamartwiać, dlatego starałam się w każde wakacje gdzieś wyjeżdżać. By dziewczynki miały dobre wspomnienia z dzieciństwa, często korzystałam z tak zwanych „wczasów pod gruszą”, funduszu z zakładu pracy na wypoczynek.
A jak wyglądała proza życia? Dziewczynki rosły jak na drożdżach więc i mieszkanie zrobiło się trochę przymałe. Złożyliśmy wniosek do Spółdzielni Mieszkaniowej o przydział większego mieszkania. Mirek nadal pracował w SM i przynosił pobory, więc jakoś dawaliśmy sobie radę. Wciąż zdarzało mu się wracać do domu na miękkich nogach, wtedy stawał mi się obojętny, moje serce twardniało. Nauczyłam się, że szkoda mojego zdrowia na walkę z wiatrakami. Nie oznacza to, że przestałam walczyć o jego trzeźwość! Był wtedy cudownym człowiekiem, tatusiem i w ogóle można było razem z nim góry przenosić! Siostrze powodziło się też całkiem dobrze, szwagier był masarzem i bardzo ciepłym i rodzinnym człowiekiem. Bardzo go lubiłam, choć i on zaglądał często do kieliszka. Agata dużo mi wtedy pomagała, przynosząc od czasu do czasu coś do lodówki, w tamtych czasach zdecydowanie była to cenna pomoc. Nie miała swoich dzieci, więc moje kochała jak swoje. Agnieszka miała już wtedy prawie cztery latka i była słodkim aniołkiem o długich włoskach i niebieskich oczach. Kojarzyłam ją z jedną z postaci, o której czytałam w jakiejś książce z bajkami. Dla mnie była „Agnieszka skrawek nieba” i tak ma do dziś!
Decyzja o przydziale większego mieszkania przyszła bardzo szybko. Mieszkanie miało 60 mkw, z dużym balkonem, można powiedzieć lożą, bo długi był na 5m. Co prawda wylosowaliśmy mieszkanie na czwartym piętrze, trochę wysoko ale za to jaki piękny widok. Z jednej strony panorama miasta, z drugiej rzeka, pola i cudowne zachody słońca. Wieczorami znad rzeki słychać było śpiew ptaków i chciało się żyć!
środa, 18 lipca 2012
Druga ciąża przebiegała o wiele spokojniej. Nie miałam już słabości ani omdleń, dziecko rozwijało się prawidłowo, bez przykrych niespodzianek medycznych. Za to zawieruchy polityczne były okropne. Minął czwarty miesiąc ciąży, był grudzień i pogoda nie rozpieszczała! Któregoś dnia gdy poszłam do pracy i spojrzałam przez okno w szatni, w której mieliśmy swoje szafki na rzeczy osobiste, to aż cofnęło mnie z wrażenia! Na drodze wylotowej Bartoszyce-Olsztyn, tuż pod naszym oknem stał czołg, a na nim siedzieli żołnierze! Moje przerażenie nie miało granic, oczyma przerażenia zobaczyłam moje dzieci! 13 Grudnia 1981 roku ogłoszono w Polsce Stan Wojenny, a ja miałam termin porodu wyznaczony na 7 maja 1982 roku! Dla mnie stan wojenny to tak jakbym usłyszała „wojna”, nie miałam pojęcia czego się spodziewać! Wszystkie koszmarne obrazy związane z wojną przebiegły mi przez myśl i troska o te biedne dzieciaki!!! Cała sytuacja zwaliła mnie z nóg, usiadłam i nie mogłam się opanować! Dzięki Bogu nie stało się nic tak okropnego by ginęły dzieci!!! Ciężko było żyć, ustalono godzinę policyjną, kartki żywnościowe i deputaty na praktycznie wszystko! Mocno zapisały się w mojej pamięci nocne kolejki do masarni, by wykupić swój przydział na mięso i wędliny. Czasami stawałam wieczorem w kolejce a wracałam rano drugiego dnia z odrobiną „ochłapów”. Ciężarne dostawały talony na wyprawki dla noworodków, były tam pieluchy tetrowe, becik, kocyk, śpiochy i kaftaniki, które później szyłam sobie sama. W tych trudnych czasach pomysłowość i trochę zdolności pozwalały by całkiem nieźle przetrwać. Potrafiłam uszyć sukieneczki, spodnie, zrobić na szydełku i drutach ładne ubranka, tak dla dzieci jak i dla siebie! Tego czego nie mogłam dostać w sklepie uszyłam albo dziergałam prując stare swetry. Życie wzięłam w swoje ręce, nie przejmowałam się drobnymi niepowodzeniami. Parłam do przodu.
Z teściami układało mi się już całkiem dobrze, nawet nauczyłam się mówić całkiem swobodnie mamo i tato! Teściowa była wartościowa kobietą i bardzo gościnną, jeśli ktoś zawitał w progi jej domu zawsze został ugoszczony. Siostra Mirka mieszkająca na Śląsku w międzyczasie owdowiała i wróciła mieszkać do Bartoszyc. Lubiłyśmy się z Elżbietą, po jakimś czasie wyszła powtórnie za mąż i z tego związku urodziło się dwóch synów, tak więc stała się mamą trójki chłopców.
Bardzo duży przełom pomiędzy mną a teściową nastąpił w momencie gdy zachorowała i musiała poddać się operacji. Ponieważ była trochę otyła, miała cukrzycę, nadciśnienie i nie wiem co jeszcze, obawiała się powikłań. Mirek nie lubił zapachu szpitala więc widywał mamę tylko w niedzielę, w czasie określonym na wizyty. Córka też miała jakieś przeszkody, które nie pozwalały jej opiekować się mamą, ale ktoś musiał to robić! Ona potrzebowała opieki! Zostałam z tym sama i codziennie po pracy i obrobieniu obowiązków domowych szybko biegłam do szpitala. Rany ze względu na cukrzycę i otyłość goiły się z trudem, trzeba było robić okłady z woreczków z lodem, a ten szybko topniał i należało go zmieniać. Należało też zadbać o higienę leżącej, miałam ręce pełne roboty! Wracałam do domu około dziesiątej - jedenastej wieczorem, a rano do pracy! Musiałam dać radę. Widziałam jej oczy, gdy patrzyła na mnie. Było w nich coś co trudno mi opisać, ale czułam to! Wydawało mi się, że znam jej myśli. Kobiety leżące razem z nią na sali mówiły - „ale Pani ma dobrą córkę”, odpowiadała wtedy „to nie córka, ale synowa”. Myślę, że brakowało jej wtedy córki! Widziałam smutek w jej oczach. Zabrakło dzieci, dla których wypruwała serce. Myślę, że w jej sercu stało się wtedy coś co pozwoliło oczom widzieć jasno i sprawiedliwie!
Po wyjściu ze szpitala kupiła mi prezent, kurtkę którą długo nosiłam. Zaczęłyśmy rozmawiać ze sobą jak córka z matką, i tak też zaczęła mnie traktować! Już nie tylko ja byłam ta „zła”, ale wiele uwag miała do syna. Zawsze pytała mnie o zdanie nim podjęła jakąś decyzję! To był mój sukces! Nie musiałam się zmieniać by komuś się przypodobać, a i tak zostałam doceniona! Może właśnie dlatego, że miałam swoje zdanie i najczęściej podejmowałam dobre decyzje? Któregoś razu teściowa powiedziała „Teresie można gadać i gadać, a ona i tak zrobi po swojemu!”. Odebrałam to jako komplement! Czasami rozmawiałyśmy godzinami i byłam już na tyle odważna, czy jak kto woli bezczelna, by wytknąć jej błędy! O dziwo nie gniewała się, tylko czasami zamyślała, a czasami przyznawała mi rację. Zżyłyśmy się z sobą. Podczas jednej z takich pogaduszek, powiedziała mi coś, co do dziś mocno siedzi w mojej pamięci.
-Teresa, jeśli przyjdzie taki moment, że nie będziesz mogła już dłużej wytrzymać z Mirkiem i zechcesz się rozstać, zrozumiem to! Ale nie gniewaj się, ja stanę po stronie syna, choć wiem jakim jest draniem! To jest moje dziecko!
Cóż miałam na to powiedzieć? Przytuliłam ją i powiedziałam:
- Rozumiem, zrobiłabym dokładnie tak samo!
Zyskała jeszcze bardziej w moich oczach, jej odwaga i szczerość budziły mój szacunek. Później przez wiele lat obie walczyłyśmy, by rodzina była w całości i szanowała się, a spotkania rodzinne były radosne a święta dostatnie! Nawet odchodząc na tamten świat powiedziała mi na ucho „dopilnuj wszystkiego!”, ale do tego jeszcze wrócę…
![]() |
Agniesia i spodenki uszyte własnoręcznie |
![]() |
Dorotka i sukienusia na bal |
![]() |
Dorotka i Agniesia w kompleciku na drutach |
![]() |
Dorotka w przedszkolu i oczywiście sukieneczka wydziergana na drutach |
![]() |
Agniesia na balu nowa suknia na tą okazję |
![]() |
Dorotka Agniesia i ja :) |
Z teściami układało mi się już całkiem dobrze, nawet nauczyłam się mówić całkiem swobodnie mamo i tato! Teściowa była wartościowa kobietą i bardzo gościnną, jeśli ktoś zawitał w progi jej domu zawsze został ugoszczony. Siostra Mirka mieszkająca na Śląsku w międzyczasie owdowiała i wróciła mieszkać do Bartoszyc. Lubiłyśmy się z Elżbietą, po jakimś czasie wyszła powtórnie za mąż i z tego związku urodziło się dwóch synów, tak więc stała się mamą trójki chłopców.
Bardzo duży przełom pomiędzy mną a teściową nastąpił w momencie gdy zachorowała i musiała poddać się operacji. Ponieważ była trochę otyła, miała cukrzycę, nadciśnienie i nie wiem co jeszcze, obawiała się powikłań. Mirek nie lubił zapachu szpitala więc widywał mamę tylko w niedzielę, w czasie określonym na wizyty. Córka też miała jakieś przeszkody, które nie pozwalały jej opiekować się mamą, ale ktoś musiał to robić! Ona potrzebowała opieki! Zostałam z tym sama i codziennie po pracy i obrobieniu obowiązków domowych szybko biegłam do szpitala. Rany ze względu na cukrzycę i otyłość goiły się z trudem, trzeba było robić okłady z woreczków z lodem, a ten szybko topniał i należało go zmieniać. Należało też zadbać o higienę leżącej, miałam ręce pełne roboty! Wracałam do domu około dziesiątej - jedenastej wieczorem, a rano do pracy! Musiałam dać radę. Widziałam jej oczy, gdy patrzyła na mnie. Było w nich coś co trudno mi opisać, ale czułam to! Wydawało mi się, że znam jej myśli. Kobiety leżące razem z nią na sali mówiły - „ale Pani ma dobrą córkę”, odpowiadała wtedy „to nie córka, ale synowa”. Myślę, że brakowało jej wtedy córki! Widziałam smutek w jej oczach. Zabrakło dzieci, dla których wypruwała serce. Myślę, że w jej sercu stało się wtedy coś co pozwoliło oczom widzieć jasno i sprawiedliwie!
Po wyjściu ze szpitala kupiła mi prezent, kurtkę którą długo nosiłam. Zaczęłyśmy rozmawiać ze sobą jak córka z matką, i tak też zaczęła mnie traktować! Już nie tylko ja byłam ta „zła”, ale wiele uwag miała do syna. Zawsze pytała mnie o zdanie nim podjęła jakąś decyzję! To był mój sukces! Nie musiałam się zmieniać by komuś się przypodobać, a i tak zostałam doceniona! Może właśnie dlatego, że miałam swoje zdanie i najczęściej podejmowałam dobre decyzje? Któregoś razu teściowa powiedziała „Teresie można gadać i gadać, a ona i tak zrobi po swojemu!”. Odebrałam to jako komplement! Czasami rozmawiałyśmy godzinami i byłam już na tyle odważna, czy jak kto woli bezczelna, by wytknąć jej błędy! O dziwo nie gniewała się, tylko czasami zamyślała, a czasami przyznawała mi rację. Zżyłyśmy się z sobą. Podczas jednej z takich pogaduszek, powiedziała mi coś, co do dziś mocno siedzi w mojej pamięci.
-Teresa, jeśli przyjdzie taki moment, że nie będziesz mogła już dłużej wytrzymać z Mirkiem i zechcesz się rozstać, zrozumiem to! Ale nie gniewaj się, ja stanę po stronie syna, choć wiem jakim jest draniem! To jest moje dziecko!
Cóż miałam na to powiedzieć? Przytuliłam ją i powiedziałam:
- Rozumiem, zrobiłabym dokładnie tak samo!
Zyskała jeszcze bardziej w moich oczach, jej odwaga i szczerość budziły mój szacunek. Później przez wiele lat obie walczyłyśmy, by rodzina była w całości i szanowała się, a spotkania rodzinne były radosne a święta dostatnie! Nawet odchodząc na tamten świat powiedziała mi na ucho „dopilnuj wszystkiego!”, ale do tego jeszcze wrócę…
poniedziałek, 16 lipca 2012
Mijał
dzień za dniem. Córeczka rosła i biegała od tatusia do mamusi, z pokoju do
pokoju! Szczebiotała raz tu, raz tam! Wypełniała ciszę, która zapanowała w
naszym domu. Złość mijała, rany na duszy mniej bolały. Mirek uspokoił się z
piciem, zdarzały się pojedyncze przypadki, ale nie tak jak wcześniej. Wielokrotnie
zadawałam sobie pytania „Co i dlaczego się
z nami stało? Czy tak naprawdę i do końca przegrałam walkę z jego alkoholem?!? Czy
alkohol stał się ważniejszy ode mnie?!? Może warto podjąć walkę, by ratować
rodzinę?!? Żebyśmy z córeczką stały się dla niego ważniejsze, od czarodziejki
gorzałki!”. Czy wszystko co wspólnie przeżyliśmy, to że walczyliśmy o
siebie, nic nie znaczyło?!? Nie chciałam w to wierzyć, to nie mogło tak się
skończyć! Mijało już sześć miesięcy naszego milczenia! Dorotka dużo już
rozumiała, odróżniała rzeczy mamy i taty! Czasami mówiła „Nie ruszaj bo to jest taty!” albo odwrotnie, że coś jest mamy! Nie
mogło być tak, że mama ma swoje, tata swoje a ona jest pośrodku! Musiałam coś z
tym zrobić! Postanowiłam przerwać milczenie i poważnie z Mirkiem porozmawiać.
Byłam pełna obaw i nie wiedziałam jak on to odbierze? Jak zareaguje? Niech się
dzieje co chce, ktoś musi zrobić pierwszy krok. Któregoś wieczoru, poszłam do
jego pokoju i powiedziałam:
- Słuchaj, musimy porozmawiać!
- A o czym Ty chcesz ze mną rozmawiać? - powiedział z lekką niechęcią,
- O nas! O tym co się stało i nadal dzieje! Musimy podjąć jakąś decyzję, albo dajemy sobie jeszcze szansę albo rozwodzimy się i każdy układa sobie życie od nowa. Taka sytuacja nie może trwać wiecznie! Dziecko nie może mówić „to jest mamy, a to taty”. Nie tak powinna wyglądać rodzina! Przemyśl to i wrócimy do tematu.
- Słuchaj, musimy porozmawiać!
- A o czym Ty chcesz ze mną rozmawiać? - powiedział z lekką niechęcią,
- O nas! O tym co się stało i nadal dzieje! Musimy podjąć jakąś decyzję, albo dajemy sobie jeszcze szansę albo rozwodzimy się i każdy układa sobie życie od nowa. Taka sytuacja nie może trwać wiecznie! Dziecko nie może mówić „to jest mamy, a to taty”. Nie tak powinna wyglądać rodzina! Przemyśl to i wrócimy do tematu.
Po
tej długiej przemowie wyszłam do swojego pokoju i odetchnęłam z ulgą, że dałam
radę zrobić pierwszy krok. Długo nie musiałam czekać na odpowiedź, jeszcze tego
samego wieczoru przyszedł do mojego pokoju. Stanął w drzwiach, bo nie miał jak
dalej się wcisnąć i powiedział:
- Chodź do mojego pokoju, to porozmawiamy.
Poszłam i usiadłam, w tym czasie Mirek zrobił kawę. Przez pewien moment milczał, w końcu się odezwał:
- Wiesz już dawno chciałem Ci to zaproponować, ale nie miałem zwyczajnie odwagi. Bałem się co zrobisz, Ty byłaś odważniejsza! Co miałam na to odpowiedzieć? Dalej milczałam, a on mówił:
- Nie raz obserwowałem Cię jak chodzisz. Chciałem Cię przytulić, ale znowu stchórzyłem - podszedł i przytulił mnie, powiedział - Przepraszam, Kocham Cię!
- Chodź do mojego pokoju, to porozmawiamy.
Poszłam i usiadłam, w tym czasie Mirek zrobił kawę. Przez pewien moment milczał, w końcu się odezwał:
- Wiesz już dawno chciałem Ci to zaproponować, ale nie miałem zwyczajnie odwagi. Bałem się co zrobisz, Ty byłaś odważniejsza! Co miałam na to odpowiedzieć? Dalej milczałam, a on mówił:
- Nie raz obserwowałem Cię jak chodzisz. Chciałem Cię przytulić, ale znowu stchórzyłem - podszedł i przytulił mnie, powiedział - Przepraszam, Kocham Cię!
Tego
wieczoru płakaliśmy oboje. Była to noc, jakbyśmy dopiero się poznali.
Zaczynaliśmy budować od początku swoje relacje. Nie ukrywam, że bałam się „powtórki
z rozrywki”. Głupia nie byłam i doskonale wiedziałam jak działa alkohol. Mimo
to musiałam zrobić wszystko, bym mogła spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć „próbowałam”!
Łatwo burzy się dom, ale buduje latami, to naprawdę ciężka praca. Czułam się
mocnym fundamentem!
Trzy
miesiące później, spodziewałam się drugiego dziecka. To dziecko miało być jak
to pierwsze, by nas połączyć. Poza tym mieliśmy mieszkanie, a więc i dobre warunki.
Dorotka miała już skończone cztery latka, zanim urodzi się kolejne będzie około
pięciu lat różnicy wieku. Nigdy nie chciałam pozostać przy jednym dziecku,
najlepiej żeby była trójka! Więc była już odpowiednia pora by myśleć o
kolejnym, bez względu na to jak miałoby potoczyć się dalej moje życie! Nadal
chodziłam do pracy w „Bartbecie” jednak ze względu na ciążę nie mogłam pracować
na suwnicy. Była to praca na wysokości i wstrząsowa. Przeniesiono mnie na centralkę
telefoniczną gdzie moja praca polegała na łączeniu tel. wewnętrznych i wyjścia
na miasto. Praca łatwa, ale nie podobała mi się! Znów byłam zmuszona do
siedzenia w czterech ścianach jak w klatce, dla mnie koszmar!
Muszę
jeszcze o tym wspomnieć, bo to ważny epizod w mojej pracy. W międzyczasie w
betoniarni zostałam wybrana „Mężem Zaufania”. Były takie osoby na oddziałach,
które wybierane kolektywnie, miały za zadanie prezentować ogół pracowników w
różnych kwestiach spornych, jak i w razie jakichś postulatów. Fajnie, super -
czułam się zaszczycona! Moim sukcesem było przywrócenie do pracy Ireny S.,
która już dostała wypowiedzenie do ręki. Uznałam, że niesprawiedliwie i bez
dostatecznych podstaw. Rozpoczęłam walką o nią. Głównym Dyrektorem w zakładzie był
wtedy Stanisław R. Powiedział mi, że „Docenia
moją dociekliwość i determinację z jaką walczyłam o koleżankę z pracy”.
Byłam z siebie dumna! Udało mi się!
Z
Mirkiem układało mi się dobrze, sytuacja się unormowała. Dorotka chodziła już
do przedszkola, nabywała coraz to nowej wiedzy i chętnie chwaliła się tym co
zapamiętała. Było to cudowne szczebiotanie. Znała już wszystkie kolory, różnicę
kształtów, nie myliła żołędzia z kasztanem! Mogłabym tak bez końca jak to mamusia
chwalić się swoim dzieckiem, ale któregoś razu postanowiłam sprawdzić czy moje
dziecko rozpoznaje pory roku. Wracając spacerkiem z przedszkola, a ponieważ okres
zimowy więc moje dziecko ubrane ciepło w kurteczce, czapeczka na głowie. Zgodnie
z obecną porą roku zapytałam więc „Dorotko
powiedz mi, jeśli jest dużo śniegu, dzieci lepią bałwanki i bawią się na
śniegu, jaka to będzie pora roku?”. Dziecko dumnie odpowiada - „Zima!”. Tak, brawo! - pochwaliłam, ale drążę
dalej „Dorotko teraz powiedz mi, jeśli słoneczko
będzie mocno świeciło, będą wakacje i będzie gorąco, to co to będzie?”.
Dorotka bez zastanowienia odpowiedziała - „TO
SIĘ ROZBIORĘ!”. Myślałam, że padnę ze śmiechu. Miała racę, jeśli jest w
kurtce a będzie gorąco to trzeba się rozebrać! Źle mamo zadałaś pytanie!
Innym
razem wracając z zakupów mówię do córeczki „Ale
dziś będzie pyszny obiad, mama kupiła świeże ziemniaczki, itd.” Moje
dziecko mówi - „pokaż ziemniaczki”. Ziemniaczków nie widziałaś? - pytam. Ale
ona upiera się, pokaż i pokaż! Dobrze, zobacz - otworzyłam siatkę, a ona dotyka
ziemniaki i mówi „ALE KŁAMCZUCHA, TWARDE!”.
Były to cudowne rozmowy z moją córeczką. Mogły poprawić humor na cały dzień!
piątek, 13 lipca 2012
Rankiem ostrożnie otworzyłam oczy. Patrzę i nie wierzę! Nadal jestem w pokoiku, w którym poprzedniego wieczoru pożegnałam się z życiem! Jak to możliwe, sądziłam przecież, że rtęć jest zabójcza! W sercu dziękowałam Bogu i duchom opiekuńczym, że nie zadziałało! Tak silne emocję, które towarzyszyły mi przy tym czynie, otępiły zdrowy rozum i przekonałam się, że gniew jest złym doradcą. Była to mocna lekcja na przyszłość! Przez resztę życia nie popełniłam już więcej takiego błędu! Przekazałam to moim córkom mówiąc „Ochłoń, przemyśl i dopiero wtedy podejmij decyzję”. Moje impulsywne działanie mogło skończyć się tragicznie! Nadal nie rozumiałam jak to się stało, że nic mi nie było?!? Ani bólu głowy, ani wymiotów, kompletnie nic…! Pomyślałam „Pan Bóg ma inne plany wobec mnie”. Tylko mój mąż był nie zadowolony i często mi docinał „może dać Ci dwa termometry, bo jeden na Ciebie nie działa”. W takich chwilach patrzyłam na niego z politowaniem, bo tylko na tyle zasługiwał i myślałam „Dla kogo chciałam umrzeć?!? Nie jesteś wart mojego życia!”.
O tym zdarzeniu wiedział jeszcze jego brat cioteczny Mirek ze Śląska, który właśnie przyjechał w odwiedziny do cioci Celi, czyli mojej teściowej. Przyszedł rano razem z mężem do naszego domu, w którym był totalny bałagan. Było mi wstyd, że doszło do takiej awantury! Siniaki nabierały ostrego koloru, całe przedramię było niemal czarne. Jedna z koleżanek w pracy Lilka R. nie mogła na to spokojnie patrzeć. Bardzo mnie przekonywała bym zrobiła obdukcję i złożyła doniesienie do prokuratora. Nie chciałam tego słuchać, bo jak to na męża donosić?!?
- Tu nie chodzi o donoszenie - przekonywała - Chodzi o Ciebie! Następnym razem zrobi to samo! Komu się poskarżysz? Kto stanie w twojej obronie? Chcesz tak żyć?
Oczywiście, że nie chciałam! Miała dużo racji w tym co mówiła! Czuł się moim panem i władcą, często przekonywał mnie o swojej nietykalności! „Ja, Mirek Barszcz - mogą mi wszyscy naskoczyć!”. Choćby tylko po to by przytrzeć mu nosa warto było złożyć doniesienie! Czuł się bezkarny, miał rodziców z bardzo dobrą opinią w mieście i znajomości wysoko postawionych osób, które mogły wiele! Ja nie miałam nikogo poza przyjaciółką, która mogła mnie tylko wysłuchać. Musiałam sobie jakoś radzić i bronić przed brutalnym życiem.
Posłuchałam
Lilki i poszłam po obdukcję do lekarza, a ona pomogła mi napisać doniesienie do
prokuratora. Podle się z tym czułam, jak zdrajczyni! Po jakimś czasie Mirek
dostał wezwanie, jeszcze wtedy na Milicję. Czytając pismo zrobił wielkie oczy ze
zdziwienia, nie spodziewał się czegoś takiego! To był szok dla niego i od razu
pobiegł z tym do mamusi! Można sobie wyobrazić jaką to wywołało furię! Ktoś śmiał
naruszyć dobre imię ich syna! Nazwisko Barszcz było odtąd notowane w
prokuraturze! Jak śmiałam zrobić coś takiego! Nie liczyło się to, że byłam
granatowa, na pewno na to zasłużyłam! Długo nie musiałam czekać gdy do naszego
domu wpadła teściowa, teraz dopiero zaczęło się dziać! Zaczęła robić przemeblowanie,
wszystkie meble kupione na raty upchała mi w malutkim pokoiku. Jedna szafka na
drugiej, prawie pod sufit, tak że zostało wąskie przejście, którym mogłam
przecisnąć się bokiem do wersalki, gdzie spałam razem z dzieckiem. Nie
odzywałam się, niech robi co chce, miałam to gdzieś! Dorotka do dziś pamięta
ten zapchany pokoik! W kuchni też zrobiła rewolucję! Podzieliła szafeczki,
naczynia i garnki, tylko lodówka musiała być wspólna, ale każdy miał swoje
półki. On przynosił gotowe dania od mamusi, ja radziłam sobie sama. Lecz gdy
zabrakło mu jedzenia wyjadał moje, kpiąco mówiąc „Co w mojej lodówce to moje”. Na koniec teściowa wspólnie z mężem
wręczyli mi wszystkie rachunki do opłaty, bo skoro mam wszystkie meble to muszę
je spłacać! Pewnie chcieli pokazać mi, że bez nich jestem nikim i nie poradzę
sobie! Pracowałam ciężko i poradziłam sobie! Uznałam, że ma płacić mi na utrzymanie
dziecka, w innym wypadku podam go o alimenty! Teściowa wściekła się lecz wzięła
ten obowiązek na siebie i regularnie pocztą wysyłała mi pieniądze. A synek mógł
żyć beztrosko!!! Co za głupia miłość matki do dziecka, masakra!!! Dała mu tym
samym pozwolenie na picie i gubiła go!
Po
kilku wizytach na Milicji, dostaliśmy wspólnie wezwanie do Prokuratury! Okropne
było to przeżycie, nigdy nawet w najgorszych snach nie przewidziałabym, że do
czegoś takiego dojdzie! Koszmar…! Prokurator przeczytał obdukcję sporządzoną
przez lekarza i kilka innych rzeczy. Stwierdził, że za taki wynik obdukcji i
znęcanie psychiczne grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności, jeśli tylko
wystąpię z pozwem cywilnym do sądu. Widziałam jak spuścił głowę, już nie był
takim bohaterem! Prokurator zapytał co zamierzam dalej robić w tej sprawie?
Odpowiedziałam, że NIC. Bo nie było moim celem zamykanie go w więzieniu, ale
chęć dania mu do zrozumienia - że nie jest moim panem i że nie jest nietykalny!
A ja mam jak się bronić i nie do końca jestem sama!
W
domu zaczęły się ciche dni i miesiące, nie odzywaliśmy się do siebie ani
słowem! Było to lepsze niż konflikty, bał się już awanturować. Każde z nas
mieszkało w swoim pokoju. Zaczęłam uodparniać się na wymarzoną miłość, było
minęło, koniec…! Musiałam żyć najlepiej jak umiałam. A wiedziałam czego oczekuję
od życia. Dam radę!!!
DZIĘKI CI PANIE
Panie Boże rzuciłeś mnie na głęboką wodę życia!
Tonęłam! w rwącej wodzie rzeczywistości
Ciernie wbijane w serce, krwawiły mocno
Ostatkiem sił chwytałam brzegu!
Szukałam drogi przez życie
Wskazałeś mi ją, wiem to
Obdarzyłeś Weną
Dzięki Ci Panie
Rodziną… dziećmi
Dzięki Ci Panie
Na krzyżówce życia, postawiłeś przyjaciółkę!
Dzięki Ci Panie
***
Palące ramiona, oplatają myśl
Spala się, nim powstać zdąży
Kamienny mur, wyrósł między nami!
A już myślałam… nie ma muru
Zbierałam owoce, które nie zakwitły
Uwiłam gniazda swym ptaszynom
Gdzie srebrny potok, z nieba spływa
W sercach miłość roznieca
Rozdaje nadzieję, jak cukierki
TRZY
SŁOWA
Przepraszam!
Że nie potrafię stąpać po wodzie
Przepraszam!
Nie umiem otworzyć Nieba
Przepraszam!
Za zbyt dużo marzeń, puszczonych latawcem
Dziękuję!
Za kałużę przed domem
Dziękuję!
Za dzień dobry o poranku
Za ptaki na niebie
Za siłę górskiego potoku
I kryształową czystość jego wód
Proszę!
Bądź miłościw mnie grzesznej
środa, 11 lipca 2012
Złożyłam wypowiedzenie z pracy w „Morenie”. Nie mogłam tam
dłużej wytrzymać, tego ciągłego siedzenia za maszyną. Dusiłam się z nerwów, że
muszę robić coś czego nie lubię! Bez przerwy myślałam, co dzieje się z moim
dzieckiem?!? Czy tatuś znowu o niej nie zapomniał, czy gdzieś nie zostawił. Po
odejściu miesiąc przesiedziałam bez pracy, i tak było to lepsze niż ciągły
stres!
Miałam szczęście, że któregoś dnia przyszła do mnie moja koleżanka Halina i powiedziała
- Teresa jak chcesz, to zgłoś się do „Bartbetu”. Organizują tam kurs na operatorów suwnic i może będziesz u nas pracować?
Zgłosiłam się do działu kadr i szybko stałam się uczestnikiem szkolenia. Fachowcy od szkoleń przyjeżdżali z Olsztyna i robili nam wykłady na temat budowy maszyn, o zagrożeniach i ogólnie takie tam różności! Przyszła pora na egzamin, który zdałam pomyślnie i tym sposobem zdobyłam uprawnienia operatora suwnicy do 12 ton udźwigu! Zostałam przyjęta do pracy w „Bartbecie” na betoniarnię i pracowałam tam przez kolejnych 11 lat! Pracowały tam same kobiety! To była super praca i bardzo mi się podobała. Siedziałam wysoko w kabinie przy pulpicie z przyciskami do sterowania. A co najważniejsze, otaczały mnie szyby i przestrzeń! Nic mnie nie przytłaczało i czułam się wolna! Nareszcie widziałam niebo, słońce i deszcz. To było to na co czekałam od dawna! Na dole pod suwnicą pracowali betoniarze, można było sobie z nimi pogawędzić i pośmiać się. Zawsze znalazła się chwila, by poczytać jakąś książkę. Betoniarze musieli pozakładać różne zbrojenia do form, rozprowadzić zaprawę, którą wysypywałam im specjalnym pojemnikiem, i to zajmowało trochę czasu. Jednym słowem było ciekawie!
Miałam szczęście, że któregoś dnia przyszła do mnie moja koleżanka Halina i powiedziała
- Teresa jak chcesz, to zgłoś się do „Bartbetu”. Organizują tam kurs na operatorów suwnic i może będziesz u nas pracować?
Zgłosiłam się do działu kadr i szybko stałam się uczestnikiem szkolenia. Fachowcy od szkoleń przyjeżdżali z Olsztyna i robili nam wykłady na temat budowy maszyn, o zagrożeniach i ogólnie takie tam różności! Przyszła pora na egzamin, który zdałam pomyślnie i tym sposobem zdobyłam uprawnienia operatora suwnicy do 12 ton udźwigu! Zostałam przyjęta do pracy w „Bartbecie” na betoniarnię i pracowałam tam przez kolejnych 11 lat! Pracowały tam same kobiety! To była super praca i bardzo mi się podobała. Siedziałam wysoko w kabinie przy pulpicie z przyciskami do sterowania. A co najważniejsze, otaczały mnie szyby i przestrzeń! Nic mnie nie przytłaczało i czułam się wolna! Nareszcie widziałam niebo, słońce i deszcz. To było to na co czekałam od dawna! Na dole pod suwnicą pracowali betoniarze, można było sobie z nimi pogawędzić i pośmiać się. Zawsze znalazła się chwila, by poczytać jakąś książkę. Betoniarze musieli pozakładać różne zbrojenia do form, rozprowadzić zaprawę, którą wysypywałam im specjalnym pojemnikiem, i to zajmowało trochę czasu. Jednym słowem było ciekawie!
W ostatnich trzech latach pracy w „Bartbecie” podjęłam
jeszcze jedną, dodatkową pracę na pół etatu. Mogłam realizować się tam
artystycznie i rozwijać swoje fantazje! Pracowałam w SM „Budowlani”, w tym
samym zakładzie razem z moim mężem. Prowadziłam dosyć dużą grupę dzieciaków,
które zaraz po szkole przybiegały na zajęcia w świetlicy SM. Prowadziłam
Drużynę Zuchów, której mogłam przekazać wszystkie najlepsze zabawy, które sama przeżyłam
na obozach! Uczyłam tańca nowoczesnego i prowadziłam zajęcia Rękodzieła
Artystycznego! Nie chciałam stać w miejscu, musiałam coś robić by być
szczęśliwą. Ale do tego tematu wrócę w następnych wpisach.
Mirek nie ułatwiał mi życia, przychodził coraz częściej pijany. Czasami tylko otwierał drzwi i padał jak długi w korytarzu, i tam już zostawał do czasu aż otrzeźwiał! Wstawał wtedy głodny i wydzierał się „Gdzie jest mój obiad!”. Buntowałam się coraz bardziej i nie chciałam już tak żyć! Czułam do niego coraz większą pogardę. Na początku jak leżał na podłodze, podkładałam mu poduszkę pod głowę i przykrywałam by nie zmarzł. Później powiedziałam - „Dosyć tego! tak dłużej być nie może!”. Skarżyłam się Teściom, ale i oni byli bezradni. Nie umieli zapanować nad nim, tyle tylko że pogadali. Nigdy nie miał żadnych obowiązków domowych, nie obchodziło go to. Twierdził „Ja pracuję, przynoszę wypłatę, reszta mnie nie obchodzi!”. To tak jakbym ja chodziła na zabawę a nie do pracy! Zakupy, gotowanie, pranie i sprzątanie włącznie z wynoszeniem śmieci, wszystko było moim obowiązkiem. I do tego jeszcze stres z pijanym mężem. Momentami mnie to przerastało i miałam serdecznie dosyć!!! Pewnego razu zachorowałam, dopadła mnie chyba jakaś grypa bo wszystko mnie bolało. Temperatura dużo powyżej trzydziestu dziewięciu. A ja z dzieckiem na ręku stoję przy kuchence i gotuję małej mleko, które co chwila próbuje mi uciec z rondelka! Ledwie utrzymuję się na nogach, a Mirek?!? Siedzi wygodnie w fotelu przed telewizorem i skubie pestki słonecznika! Na moją prośbę by zajął się dzieckiem, usłyszałam:
- Nie mam czasu!!!
Znieczulica z jego strony jeszcze bardziej mnie osłabiała, nie umiałam zrozumieć takiego zachowania. Łzy kapały, a córeczka zaglądała mi ciekawie w oczy, co mamie cieknie po policzkach i próbowała ocierać swoją malutką rączką. W pokoju siedział ktoś kogo pokochałam i komu zaufałam. Bolało podwójnie!
Innym razem podczas prania wyłączył korki od prądu, by zmusić mnie tym do prania ręcznego. To znowu zakręcił kurek od gazu, a po powrocie z pracy pytał „gdzie jest obiad?”. Potrafił wykręcić lampę z telewizora (kiedyś były tylko telewizory lampowe), schować ją w kieszeni i pójść na cały dzień do mamusi. W tym czasie ja nie mogłam niczego obejrzeć. Dumny był ze swoich poczynań gdy mógł pochwalić się kolegom, że „baba w tym domu nie rządzi!”. Tak bardzo irytował mnie swoimi gierkami, że postanowiłam zrewanżować mu się tym samym. Za którymś razem gdy zabrał lampę i wyszedł, to wyjęłam i schowałam drugą! Po powrocie do domu, zadowolony z siebie zamontował na swoim miejscu brakującą część, a tu NIC!
- Co jest grane?!? - zaglądał tu i tam
- Nic! Myślisz, że tylko Ty potrafisz wykręcić część z telewizora?!? - powiedziałam z dumą - Ja nie oglądam, Ty też nie będziesz oglądał! Poskutkowało i nigdy więcej nie zabierał już części! Było to głupie i dziecinne zachowanie, ale strasznie wkurzające. Już od jakiegoś czasu używał w stosunku do mnie wulgarnych słów i próbował używać przemocy! Kiedy trzeźwiał przepraszał i płakał, że nie będzie więcej już pił. Ale następnego dnia wszystko zaczynało się od nowa. To była moja klęska! Czułam się podwójnie zdradzona przez osoby, które kochałam, najpierw mama a teraz mąż! Zaczynałam odczuwać przed nim lęk, nie miałam na to wpływu. Zaczynałam drżeć i źle się czułam gdyż wiedziałam, że to może być dla mnie groźne! Trwało to jakiś czas, do momentu gdy uznałam, że muszę podnieść się psychicznie. Sama z sobą walczyłam wewnętrznie. Tłumaczyłam sobie, że nic mi nie może zrobić, może tylko zabić i nic więcej! Tego się nie boję, więc jego też nie będę się bała!!! Nie ustąpię, będę walczyła o godne życie. Nie pozwolę by dziecko żyło w piekle! Nigdy! Albo się zmieni, albo się rozstaniemy. Nie podobała mu się moja bojowa postawa i stanowczość! Gdy zbliżał się by mnie uderzyć, nigdy więcej nie cofnęłam się do tyłu, ani o krok!!! Patrzyłam mu twardo w oczy, byłam gotowa na wszystko! Wolałam zginąć niż żyć w strachu przed własnym mężem, nie po to go brałam!
Czasami babcia zabierała Dorotkę do siebie, na dzień czy dwa. To był właśnie ten czas, gdy Mirek wrócił do domu ledwie trzymając się na nogach. Od słowa do słowa zaczęła się awantura, która przerosła wszystkie wcześniejsze, w trakcie której potłukło się kilka rzeczy! W pokoju nie było światła, bo żarówki też potłukliśmy. „Burdel na kółkach” i masakra! Ja pobita i obolała, ręce całe granatowe, lecz nie odpuszczałam! W pewnym momencie przytrzymał mnie i powiedział:
- Masz szczęście, że Cię kocham! - i awantura toczyła się dalej! Pomyślałam wtedy - Tylko czy on jest na pewno normalny?!? W końcu spadły na mnie bezsilność, upodlenie i wszystkie nieszczęścia świata! Powiedziałam głośno:
- Nie chcę dłużej żyć!!! To nie tak miało być! - zalewałam się łzami. Na segmencie leżał termometr, chwyciłam go i rozbiłam na stole. Kuleczki rtęci rozbiegły się po blacie. Było dosyć ciemno i przez łzy nie mogłam ich pozbierać, wtedy powiedział:
- Może Ci przyświecić!
- Tak przyświeć mi! - Zrobił to i odpalił zapalniczkę nad stołem. Zebrałam kuleczki w jedną dużą, dziwiłam się jak łatwo się łączą ze sobą?!? Stoczyłam rtęć na łyżeczkę i potoczyła się do gardła jak żywy koralik! W momencie gdy to się stało, przeraziłam się co najlepszego zrobiłam!?! A Dorotka? Matko Boska, co ja zrobiłam??? Było już jednak za późno, stało się. Mirek spokojnie ubrał się i wyszedł z domu. Zostałam sama z moim koszmarem. Położyłam się w małym pokoiku i patrzyłam na puste łóżeczko. Trudno dobrać mi odpowiednie słowa, by opisać tragedię jaka szalała w mojej duszy. Byłam przekonana, że rano już mnie nie będzie, nie obudzę się! Mój mąż i ukochany chłopak, z którym tyle razem przeszliśmy, po prostu wyszedł, nie powiadamiając lekarzy, nikogo! Nie obchodziło go co ze mną będzie i wrócił dopiero rano…
PO OCEANIE WÓDY
Obłęd w oczach, szatański śmiech
Zniekształcone usta, suka, dziwka, szmata
Ileż jadu w tych słowach!
Co wolno kropla po kropli zabija
Nie do wiary,
Ileż nienawiści zamieszkało w Twoim sercu
Jak marynarz z zepsutym kompasem
Pływasz po oceanie wódy
Zgubiłeś azymut, Twoja Arka tonie!
Obudź się chwyć tratwę, którą Ci rzucam
Nawet jej nie widzisz
Oby odnalazł Cię we mgle
Na wzburzonym oceanie życia
Argos - duch prawdy i mądrości
Byś jasno mógł dostrzec drogę powrotu do domu
Byś tylko zdążył, przed utratą domu-
Rodziny-
Śmiercią
poniedziałek, 9 lipca 2012
Mirek od jakiegoś czasu pracował już w SM. Miał nowych kolegów, co nie znaczyło, że z tamtymi już się nie spotykał. Tak ogólnie był dobrym człowiekiem i złotą rączką. Potrafił zrobić dosłownie wszystko! Tynkował, murował, malował, był dekarzem, kładł parkiety i kafelki na ścianach i podłogach, umiał zreperować zegarek, cieknący kran, rozprowadzić światło po mieszkaniu i naprawić wideo, nawet kiedyś uszył sobie spodnie!!! Naprawdę miał złote ręce! I za to ceniłam go najbardziej, nigdy nie musiałam martwić się o fachowca gdy trzeba było coś zrobić w domu! Były to bardzo cenne umiejętności i oszczędzały nam pieniądze. Poza tym bez przerwy powtarzał mi, że mnie kocha, że nie umiałby beze mnie żyć. Dzięki temu uchodziły mu te jego wyskoki na piwko! Jeśli tylko mógł pomóc, nikomu nie odmawiał pomocy. Na spotkaniach rodzinnych i weselach dobrze się bawił, śpiewał i był szarmancki, potrafił zachować się uprzejmie i z kulturą, co niektórzy mówią „kotu z drogi schodził” i wszystko było cudownie! Byłoby tak gdyby nie wady! Napisałam to wszystko by nikt nie pomyślał, że tylko w zły sposób myślę o mężu i narzekam! To dzięki tym dobrym cechom, dzięki temu, że mówił mi jak mnie kocha, że nigdy nie zapomniałam tego czasu sprzed ślubu, żyliśmy z sobą trzydzieści lat. Z tych trzydziestu lat, może z pięć było szczęśliwych!
Teściowa zawsze strzegła tajemnic rodzinnych, mówiła „własne brudy trzeba prać w domu!” i zgadzałam się z nią w zupełności, do czasu gdy nie przemyślałam sobie pewnych spraw. Dla mnie to mogło być niebezpieczne. Mówienie komuś o tym co dzieje się w moim domu było formą samoobrony! Każdy potrzebuje drugiego człowieka by nie zwariować, by mieć do kogoś się wygadać. Ja nie miałam rodziny z mojej strony i taką osobą była Terenia H. Zawsze znalazła czas by mnie wysłuchać. Jestem jej niezmiernie za to wdzięczna!
Pewnego dnia otrzymaliśmy wspaniałą wiadomość! Dostaliśmy przydział na mieszkanie!!! Co prawda małe, bo tylko 32 m kw. lecz mieściło dwa pokoiki, kuchnię, łazienka i korytarz. W zupełności dla nas wystarczało! Wkład na mieszkanie, potrzebny do Spółdzielni Mieszkaniowej wpłacili teściowie, więc pomoc z ich strony była ogromna! Z naszych pensji nie byłoby to możliwe. Budynek był nowy i choć wykończeniówkę w mieszkaniu trzeba było sobie zrobić samemu, nie było z tym kłopotu bo Mirek spisał się na piątkę. Zamieszkaliśmy tam jako jedni z pierwszych lokatorów. Szczęście w pełni!!! Wkrótce moja siostra Agata musiała opuścić dom dziecka. Całe szczęście, że miała dokąd pójść, i że zamieszkała u nas. Z Mirkiem dogadywała się świetnie, uwielbiała moją Dorotkę. Mała już biegała i szczebiotała, dom przepełniała radość.
![]() |
Na nowym mieszkanku |
![]() |
Zabawy z ciocią Agatą |
![]() |
U cioci bezpiecznie jak u mamy |
Agata poszła do pracy w żłobku jako pomoc przy dzieciach, naprawdę chciało się żyć! Wzięliśmy kredyt, tak zwany „MM – Kredyt dla Młodych Małżeństw”. Był to kredyt przewidziany przez państwo w ramach pomocy młodym parom. Miał ułatwić start w nowe życie. Dzięki niemu kupiliśmy meble do pokoju - segment, stół, ławę, wersalkę, krzesła, dywany oraz pralkę i lodówkę, a także umeblowanie do kuchni. Mieliśmy wszystko co było potrzebne do życia. Teraz tylko pracować i być szczęśliwym! Byliśmy może rok?!? Mąż wrócił do alkoholu i wszystkie obowiązki były znów wyłącznie na mojej głowie. Agata dosyć szybko wyprowadziła się do swojego wybranka. Pani Lucyna D., która byłą Dyrektorką żłobka, w którym pracowała Agata poznała ją ze swoim znajomym Tadeuszem B. No i tak już zostali razem, a po jakimś czasie pobrali się i Agacie niczego już nie brakowało. Może poza dziećmi, których nie mogła mieć! U niej szczęście, u mnie znów się psuło!
GDYBYM MOGŁA
Chciałam być kochana
Byłam! Tylko przez chwilę
Chciałam mieć, cudowną drugą połowę serca
Za dużo chciałam!
Gdybym mogła!
Przeszłabym przez magiczne lustro Alicji
W zaczarowany świat!
Gdzie zastygłe obłoki, rozpędzają rumaki wiatru
A słońce włosy złotem czesze
I tęcza zaprasza kolorami
By utonąć w oceanie barw!
Bezpiecznie minąć, zawieruchę zwad
Burzę nie przemyślanych słów!
Nie patrzyłabym, na odjeżdżający pociąg mojego życia
W którym zabrakło miejsca
Dla wzruszeń, uniesień, ciepłych ramion
Zamiast szala na zimę…
ZŁUDNE MARZENIA
Chciałam tańczyć, na tafli życia
Otrzymywać najwyższe noty
Pękła tafla!
Chciałam spijać żądze roziskrzonej wyobraźni
Pełzających płomieni namiętności
Jak ćma
Krążyłam wokół jaskrawego światła
Przypiekłam skrzydła!
Amor mój trafił, w szczerozłote serce
Pękło serce!
Posypały się plewy, jak z dziurawego misia!
Służyć miał za przytulankę
Choć dusza krzyczy w rozpaczy!
Pamięć nie umiera
A serce -
znów wybacza!
piątek, 6 lipca 2012
Teściowie zorganizowali i pokryli koszta Chrztu Św Dorotki. Na Chrzestnych wybraliśmy Miecia z Kętrzyna, którego już dobrze znałam i lubiłam, a na Chrzestną Tereskę S., która była żoną Mirka, brata ciotecznego. Pochodziła również z Kętrzyna i była bardzo sympatyczną i rodzinną osobą! Teściowa, nie mogę temu zaprzeczyć, dużo nam pomagała i co najważniejsze nie nachodziła nas w domu. Słyszałam, że robią tak inne teściowe, by pod byle jakim pretekstem zrobić kontrolę! W tej kwestii nie było kłopotu, to raczej my częściej odwiedzaliśmy ich dom.
Czas urlopu dobiegł końca, musiałam wrócić do pracy a Dorotkę odprowadzać do żłobka. Trudno było budzić maleńkie dziecko kiedy za oknem jeszcze noc. Koszmarem okazało się rozstanie w żłobku, płacz i kurczowe trzymanie się mamy. Niejednokrotnie trzeba było siłą odrywać małą, ona płakała w żłobku a ja idąc po drodze do pracy! Bardzo źle wspominam ten okres. Nie lubiłam swojej pracy. Siedziałam przy maszynie „owerlok” i co chwilę spoglądałam na zegarek, kiedy wreszcie będzie koniec pracy i pójdę do domu. Praca była akordowa i nie to, żebym nie radziła sobie. Dawałam sobie całkiem nieźle radę, lecz nie lubiłam siedzenia w jednym miejscu. I nic tylko szyć, szyć i jeszcze raz szyć!!! Jak można polubić coś takiego?!? Nie widziałabym siebie również za biurkiem w żadnym biurze! Praca przy papierkach to dla mnie koszmar! Wolałabym już rowy kopać, tu przynajmniej jest jakaś przestrzeń.
Po około roku musieliśmy zmienić stancję ponieważ gospodyni potrzebowała więcej przestrzeni. Terenia wyprowadziła się do hotelu pracowniczego, który należał do firmy, w której pracował jej mąż. Znaleźliśmy jakiś pokój na ul. Chopina, było to pomieszczenie przybudowane do budynku. Wchodziło się tam z podwórka bezpośrednio do pokoju. Zimową porą, mleko które stało przy drzwiach zamarzało w lód. Żyliśmy w miarę spokojnie. Nasz czas dzieliliśmy pomiędzy pracę, dom, żłobek i tak w kółko. Mogło być całkiem dobrze, gdyby nie to, że mój kochany małżonek miał skłonności do wypicia. Wykazywał się zupełnym brakiem odpowiedzialności! Któregoś dnia otrzymałam telefon do pracy.
- Pani Tereso, znalazłam Pani dziecko w wózku przed „Liliputem”. Poznałam po wózku, że to Pani! Liliputem nazywano budkę z piwem, gdzie chodzili sami piwosze, nie chcę powiedzieć „pijacy”.
- Jak to znalazła pani dziecko?!? - nie mieściło mi się to w głowie!
- Wózek stał z dzieckiem i nie było przy nim nikogo! Niech pani przychodzi.
- Zaraz będę!!! - krzyknęłam w słuchawkę.
Nie obchodziło mnie czy pozwolą mi wyjść z pracy czy nie! Powiedziałam tylko:
- Musze wracać do domu, ważna sprawa! - i już byłam na wylocie. Okazało się, że Mirek tak przeholował z piwem, że zapomniał o dziecku i całym Bożym świecie. Po prostu poszedł sobie gdzieś z kolegami!!! Myślałam, że go uduszę jak wróci, tak byłam wściekła!!!
Innym razem wracałam z pracy po trzeciej zmianie, około drugiej w nocy. Idąc z koleżanką ucięłyśmy sobie pogawędkę, zatrzymując się jeszcze przy ogrodzeniu, w miejscu gdzie mieszkałam. W pewnym momencie zauważyłam, że wózek stoi przed domem.
- Zobacz! Mirek zapomniał schować wózek, dobra to na razie, pa! - i szybko podeszłam do wózka. Jakież było moje przerażenie, gdy zobaczyłam w nim moje dziecko! Zimna październikowa noc, na główce czapeczka na bakier, Dorotka wykręcona do góry tyłkiem spała rozkopana! Pewnie bidulka spłakała się i usnęła, pomyślałam. Łatwo było sobie wyobrazić co czułam! A w tym czasie mój mąż spał sobie smacznie rozłożony na wersalce. Wtedy podjęłam decyzję o zmianie pracy! Gdy bezpieczeństwo mojego dziecka jest zagrożone, gdy nie jestem w stanie kontrolować niczego pracując na trzy zmiany (po za tym i tak nie lubiłam tej pracy) wiedziałam, że tak dłużej być nie może. Teść uruchomił swoje znajomości, abyśmy mogli szybko dostać mieszkanie! Znał prezesa Spółdzielni Mieszkaniowej, lecz była tylko jedna możliwość by to przyśpieszyć. Mirek musiał rozpocząć pracę w spółdzielni. Pracownicy mieli wtedy większe przywileje do przydziału mieszkań. Z dnia na dzień, za porozumieniem stron przeniósł się z GS-u do SM „Budowlani” w Bartoszycach i pracował tam przez kolejne 26 lat!
środa, 4 lipca 2012
- To w takim razie przyniosę Wam dziecko do biura, a po pracy odbiorę. Samej jej w domu nie zostawię! Z wielkim „bólem” dostałam cztery miesiące urlopu bezpłatnego na wychowanie dziecka. Została nam tylko jedna pensja i zrobiło się jeszcze trudniej ale jakoś dawaliśmy radę! Moja przyjaciółka Terenia w tym czasie przeżywała koszmar! Po porodzie dość długo nie dostawała kobiecej przypadłości więc zaczęła się tym martwić! Dlaczego tak się dzieje? Poszła do lekarza na kontrolę i wróciła załamana! Okazało się, że jest w ciąży z drugim dzieckiem, a Kasia była jeszcze taka maleńka! Brakowało mi słów by ją jakoś pocieszyć, w końcu powiedziałam
- No trudno! Nie martw się, wychowasz jak bliźniaki i będziesz miała z głowy - może nie było to zbyt mądre pocieszenie, ale nic innego nie przychodziło mi wtedy do głowy. Jeszcze w grudniu tego samego roku urodziła Anię - słodką czarnulkę.
Jak to się stało, że do tej pory nigdzie nie wspomniałam o tym, że Mirek fajnie grał na akordeonie?!? Lubiłam słuchać jego gry, wtedy patrzył mi w oczy i śpiewał. Choć z tym śpiewem, to już nie za bardzo mu wychodziło! Ale i tak lubiłam go słuchać! Jego siostra Elżbieta też doskonale grała na akordeonie i często wykorzystywała Mirka do pracy z dziećmi w przedszkolu. Ona to miała głos i nikt poza teściową nie mógł jej zagłuszyć! Obie miały mocne głosy i ładnie śpiewały! Podobało mi się gdy przy rodzinnych spotkaniach dom wypełniał się muzyką! Myślałam wtedy, że nie mogą być złymi ludźmi gdy - „muzyka im gości”, byłam wtedy szczęśliwa! Zdawało się, że z teściami mam coraz lepszy kontakt, choć wciąż nie potrafiłam wypowiedzieć do nich słowa - „mamo, tato”, to było mi tak obce, że aż bolało! Gdy byłam mała w myślach zawsze mówiłam mamo, ale nigdy głośno bo nie było do kogo! Więc jak mogłam mówić coś takiego do zupełnie obcych mi ludzi! Ten stan trwał dość długo, wciąż zwracałam się do nich bezosobowo i w końcu teść nie wytrzymał:
- Mów do nas jakoś! Pani - pan, czy mama - tata, albo „czarna dupa”! Ale nazywaj jakoś. Z wielkim trudem próbowałam się przełamać. Było ciężko i jeśli już przyszło mi powiedzieć „mama” to prawie się dusiłam! Słowo mama mówiłam tak cichutko, że ledwie sama słyszałam, gdy w dalszej przemowie głos wracał do normy. Na nowo musiałam uczyć się mówić głośno „Mamo”!
Co takiego zaklętego jest w podpisaniu Aktu Małżeństwa! Relacje między młodymi zmieniają się niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! To coś jest dla mnie nienormalne i niezrozumiałe! Pierwszego wstrząsu doświadczyłam gdy byliśmy z wizytą u teściów, mieliśmy miło czas spędzić i przenocować u nich. W gościnnym pokoju stał duży okrągły stół. Z jednej strony stołu siedział Mirek i palił papierosa, z drugiej strony ja z dzieckiem na ręku, które karmiłam mlekiem z butelki. Gdy w pewnym momencie mała zapluła mi się mlekiem, powiedziałam do Mirka:
- Podaj mi pieluchę, leży obok Ciebie.
- Nie widzisz, że palę?!? Zamurowało mnie! Taka prosta sprawa, unieść rękę z pieluchą i podać przez stół, ale to ja musiałam wstać z dzieckiem na ręku, obejść dookoła cały stół i wrócić, bo - ON PALI!!! To chyba jakiś żart!!! Oczywiście wstałam, a przechodząc obok Mirka coś we mnie wstąpiło. Do dziś nie umiem tego wytłumaczyć gdy w jednej sekundzie moja ręka poderwała się by palnąć go w „łeb”, bo akurat jego głowa znalazła się na dobrej wysokości. Za sekundę byłam przerażona tym co zrobiłam! Lecz moja wewnętrzna złość była jak wulkan, który znalazł właśnie takie ujście! Było mi wstyd, że nie zapanowałam nad pierwotnymi emocjami! W tym momencie weszła teściowa i można wyobrazić sobie jej reakcję! „Oooooo! Proszę, patrzcie ją…”. Tu posypały się słowa, które stwierdzały, że jestem taka i owaka! Słuchałam ich jak zbity pies i wzbierał we mnie coraz większy żal. Nie zapytała co się stało, o co chodzi, to ja okazałam się tą podłą, która podniosła rękę na jej synka. Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy pierwsza podniosłam na niego rękę! Gardziłam takim zachowaniem, ale potrafiłam oddać, nie pozwalałam by ktoś mógł uderzyć mnie bezkarnie. Po tym incydencie zaczęłam zbierać się do domu, nie chciałam zostać tu ani chwili dłużej!
- Dziecko jest wykąpane, zostaw małą! Zabierzesz ją rano, a Ty jak chcesz iść to idź - powiedziała.
- O nie - pomyślałam - Nie ma mowy! Zabieram dziecko - zacięłam się w sobie.
Summa summarum zostałam po przepychance słownej. Dorotka rzeczywiście była po kąpieli i narażanie dziecka na przeziębienie, bo akurat miałam „focha” było by głupie z mojej strony. Jej dobro było najważniejsze!
Nie mogłam zrozumieć co stało się z Mirkiem?!? To już nie ten sam chłopiec! Siedziałam i patrzyłam mu w oczy, a łzy same popłynęły - „gdzie jest mój Mirek?” pytałam siebie. Wszystkie wspólne chwile zaczęły przebiegać mi w pamięci… Serce płakało i im dłużej myślałam, tym było boleśniej! Teściowa przygotowała spania dla wszystkich, lecz ja nie zamierzałam kłaść się u niej spać! Postanowiłam, że noc przesiedzę przy stole. Byłam rozgoryczona tym co tu się stało. Poczułam aż do bólu, że zawsze będę tą „Obcą”, którą przygarnęli i będą mnie tolerować jako „zło konieczne”. Nie pozwolę na to - pomyślałam - nie jesteście w niczym lepsi!!! Poza tym, że macie więcej kasy, ale przecież to nie kasa czyni ludzi wartościowymi, i udowodnię Wam to - złościłam się. Całą długą noc miałam tylko takie myśli! Wszyscy poszli spać, zgasili światło, a ja z głową opartą na blacie zostałam sama przy stole. Patrzyłam na Mirka jak położył się spokojnie spać, zostawiając mnie samą…
wtorek, 3 lipca 2012
- Zostańcie dzisiaj u nas, tu jest ciepło, w piecu napalone i po nocy nie ciągajcie dziecka - choć byłam zła, nie miałam odwagi jej odmówić. Zostaliśmy…
Następnego dnia rano Mirek pojechał do pracy, teściowie również, a ja znowu zostałam z maleństwem sama w ich domu! Wkurzało mnie to, ale co miałam począć, musiałam czekać. Nie miałam jeszcze wózka, ani środka transportu by móc sobie pójść. To zdecydowanie zbyt daleko by dziecko nieść na rękach i to zimą! Siedziałam więc i patrzyłam na ściany, bo jeśli nawet chciałabym coś zrobić to nie wiedziałam co?!? Bałam się, że cokolwiek zrobię i tak będzie źle! Wieczorem wszyscy wrócili i zachwycali się małym człowieczkiem. Obserwowałam bacznie zachowanie teściów w stosunku do Dorotki, myślę że mieli „moralnego kaca” po tym, jak chcieli bym ją usunęła i propozycją alimentów! Zakochali się w małej od pierwszego wejrzenia. Gdy słyszeli, że chcę już wracać na stancję to strasznie się złościli.
- Co? Źle Ci u nas?!? Będziesz dziecko po stancji ciągać?!? - i tak na okrągło. Trwało to cały tydzień i w końcu nie wytrzymałam!
- Mirek jak chcesz! Wracamy do domu, ja mam dość! - powiedziałam stanowczo. Spakowaliśmy się nim teściowie wrócili do domu. Nie chciałam więcej słuchać jaką to jestem nieodpowiedzialną matką, ciągając dzieciaka po obcych kątach. Zdawało się, że zapomnieli, że to oni te „obce kąty” nam znaleźli. Byłam im za to bardzo wdzięczna! I pewnie nie przypuszczali, że tak szybko pokochają swoją wnuczkę!
Wróciliśmy do siebie na stancję i zaczęliśmy normalne życie, ja na urlopie macierzyńskim, mąż w pracy. Rano wstawałam by zrobić mężowi kanapki do pracy, w południe gdy wracał do domu na stole czekał obiad, z punktu widzenia wzorowej Pani domu wszystko wyglądało jak należy. Miesiąc później nasza sąsiadka Terenia urodziła córeczkę - Kasię. Były nas dwie młode mamusie, spacerki, gotowanie kaszki i obiadków, obowiązki domowe i bez końca to samo.
![]() |
Z przodu Terenia z córcią Kasią i ja z Dorotką |
Właściwie powinnam teraz napisać „I żyli długo i szczęśliwie”. Długo tak, bo aż 30 lat! Czy szczęśliwie, to już ocenicie sami, jeśli nadal będziecie mieli ochotę, by śledzić to co przyniosło mi życie…
Jak już wspomniałam wcześniej, mąż pracował w GS-sie jako kierowca „Żuka”. W firmie panował dziwny zwyczaj, że na koniec dnia pracy pozostawały tak zwane „obrywki”. Czasami był to chleb, innym razem wędlina, ale najczęściej było to piwo albo wino. Wiadomo, że Mirek jako kierowca swoją część spożywał zaraz po pracy. Z czasem zaczął przychodzić do domu wesolutki i coraz mniej mi się to podobało! Zawsze miał głupie wytłumaczenie:
- To co miałem zrobić?!? Jeśli wszyscy piją, to mam być inny?!? „Baby się boisz” - mówili, to też wypiłem. Krzyczałam, że jest nie normalny i nie ma swojego rozumu! Nikt w gardło mu nie wlewa, jakby nie chciał to by nikt nie namówił go do picia, itd… Obiecywał wtedy, że będzie przychodził do domu zaraz po pracy i nie będzie zostawał z kolegami. Niestety zdarzało się, że czasami dość długo czekałam z obiadem.
Jak w każdej rodzinie są problemy do rozwiązania - rachunki, zakupy i wiele innych spraw związanych z dzieckiem. Ponieważ zbudowałam sobie model idealnej, rozumiejącej się rodziny, każdą moją decyzję chciałam konsultować z mężem. Nie mieściło mi się w głowie by odezwać się wulgarnie do męża, bo jak można znieważać kogoś kogo się kocha?!? Za to mój kochany mąż wracał coraz później, albo wcale, bo właśnie nocował u mamy! Absolutnie przestało mi się to podobać! Gdy zaczęłam sygnalizować swoje niezadowolenie, mówił wtedy:
- Czepiasz się! Lepiej zajmij się swoimi sprawami. Upierz coś, pieluchy leżą! - i tyle było z mojej gadki. Nie widział, że od prania mam pozdzierane do krwi kostki na palcach. W domu nie było pralki i wszystko prałam ręcznie, ale co tam, jego to nie bolało! Gdy chciałam porozmawiać o jakichś kłopotach, musiałam wyczekać na odpowiedni moment, a i tak w takich sytuacjach nie potrafił mi jakoś szczególnie pomóc. Jeszcze tylko dokładał do „pieca” mówiąc, że to moja wina. Gdy jest jakiś kłopot, kiedy brakuje pieniędzy na rachunki to sama muszę sobie radzić, bo on przecież pracuje i nie obchodzi go jak sobie poradzę. Zaczęło dochodzić do małych spięć, nie rozumiałam, że może być takim ignorantem!
Szybko zrozumiałam, że fundamentem i filarem w tej rodzinie muszę być ja! Przestałam pytać o zdanie, liczyć na opinie z jego strony, to nie miało sensu. Mój idealny obraz rodziny zaczął tracić kolor, coraz bardziej matowiał! Nie chciałam w to wierzyć i wmawiałam sobie, że tak nie będzie! Będę malować go codziennie, by nie stał się czarno-biały! Moim dzieciom dam dużo koloru, choćbym miała iść na czworaka!
poniedziałek, 2 lipca 2012
Po drugiej stronie telefonu odebrała jakaś dyżurująca osoba, zapytała spokojnie, o co chodzi?
- Proszę o karetkę, żona zaczyna rodzić! - panikował.
- Poproszę adres, nazwisko, który to poród itd… - a usłyszawszy, że pierwszy dyżurna powiedziała,
- Spokojnie…! Nie pali się, pewnie poleży jeszcze ze dwa dni!
- Nie wiem ile poleży! Przyjeżdżajcie!!! - zaczął się już denerwować. Przyjechali dosyć szybko. Całą wyprawkę do szpitala miałam już dawno przygotowaną, więc po minucie byłam w karetce. Przyjęli mnie na oddział położniczy. Lekarz położnik widząc mnie na korytarzu zrobił wielkie oczy i zapytał:
- A co Ty tu robisz?!?
- Przyszłam rodzić - odpowiedziałam.
- Co chcesz rodzić? - popatrzył na mnie z uśmiechem. Tuż przed porodem ważyłam niespełna 50 kg, wcześniej 42 kg. Przybrałam osiem kilo, to i tak dużo - pomyślałam, o co mu chodzi?
Po badaniu okazało się, że jestem już gotowa do porodu! Na ścianie wisiał duży zegar, zerkałam na niego co chwilę i bałam się coraz bardziej! Bolało mnie coraz mocniej, nie wiedziałam czego jeszcze mogę się spodziewać?!? Całe zamieszanie od chwili przybycia trwało około dwóch godzin! O drugiej w nocy urodziłam córeczkę! Maleńką 52 cm i 2.450 kg, ale za to zdrowiutką! A to było najważniejsze! Zaraz po porodzie zabrali mi ją gdzieś i przynieśli dopiero rano, i wtedy nareszcie mogłam obejrzeć moje dziecko. Zawinięta na sztywno w jakieś szpitalne szmaty wyglądała jak naleśnik. Widziałam tylko główkę, taką maleńką jak u laleczki! Była prześliczna i nie mogłam się napatrzeć, buźka śniada bez żadnych zaczerwienień, brwi czarne jakby ktoś namalował kredką! Czarnymi oczyma patrzyła na mnie, a ja nie mogłam uwierzyć, że jest moja WŁASNA! Niesamowite uczucie!
Okazało się, że na sali, na którą mnie przeniesiono, na drugim łóżku leży moja koleżanka z klasy Basia C.! A to niespodzianka! Wcześniej w szkole dopatrzyłyśmy się, że obie urodziłyśmy się tego samego dnia, miesiąca i roku! A teraz razem rodziłyśmy swoje pierwsze dzieci! Z tą małą różnicą, że Basia urodziła dzień wcześniej i miała synka, a ja córeczkę! Co za zbieg okoliczności! Podczas karmienia patrzyłam na nią z zazdrością bo miała dużo pokarmu, a u mnie praktycznie nic! Mój dzidziuś był głodny i zaczęłam się denerwować czym ją nakarmię?
- Nie martw się, na początku tak jest - pocieszała mnie o jeden dzień bardziej doświadczona mama!
- Basia Ty już swoje nakarmiłaś i marnuje Ci się reszta pokarmu. Nakarmisz mi moje dziecko?!? - wpadłam na pomysł. I tak się stało, za chwilę moja maleńka córeczka mlaskała zadowolona!
Kiedyś nie wolno było przychodzić na oddział w odwiedziny. Można było pogadać tylko przez okno, a dziecko pokazać przez szybę. Widziałam, że Mirek próbuje coś do mnie mówić, otworzyłam więc okno i słuchałam:
- Wiesz! Byłem już w urzędzie i zarejestrowałem dziecko!
- Jak to? Przecież tam trzeba było podać jakieś imię dziecka i co?
- No i podałem! - odpowiedział całkiem spokojnie.
- Co? Jak? - byłam zła i zawiedziona, że nie uzgodnił tego ze mną.
- Dorotka!
- Dorotka - powtórzyłam. No dobrze - ładnie, niech będzie. „Ta Dorotka, ta malusia, tańcowała do kolusia” - przypomniały mi się słowa piosenki.
Córeczka miała się dobrze, ja też szybko doszłam do siebie, ale dopiero po czterech dobach mogłam wyjść do domu. Po odbiór ze szpitala przyjechała teściowa a nie mój mąż. Podobno był w trasie z towarem, byłam tym trochę zawiedziona, chciałam żeby było inaczej… ale cóż życie jest życiem. Teściowa zawiozła nas do swojego domu, nie tak jak przypuszczałam, że pojadę do siebie na stancję. Byłam trochę niezadowolona, ale nic nie powiedziałam. Do teściów miałam nadal duży dystans, a ich dom był dla mnie duży, zimny i obcy. Położyłam córeczkę na rozesłanej wersalce i nie wiedziałam co mam począć dalej. Teściowa szybko wyszła z domu by wrócić do pracy. Zostałam sama, zrobiło się straszliwie cicho i obco, patrzyłam po ścianach i czułam ogromną pustkę i samotność! Powinnam być szczęśliwa, więc dlaczego tak się nie czułam? Położyłam się obok mojego maleństwa i cichutko zaczęłam płakać. W myślach pytałam siebie „Jak sobie poradzę? W co ubiorę maleństwo? Czym ją nakarmię?”. Patrzyłyśmy na siebie, ona przebierała nóżkami i zdawała się uśmiechać. Ja też uśmiechałam się do niej.
- Cześć mój słodki Aniołku - pieszczotliwie całowałam po maleńkich paluszkach - nie jestem już sama! Mam Ciebie! Ty nigdy nie będziesz musiała tęsknić do mamy, zawsze będę czuwała nad Tobą, obiecuję! Tak bardzo Cię Kocham! Moje słoneczko marszczyło brewki i z uwagą przyglądało mi się jakby chciało zrozumieć co do niej mówię. Trochę mnie to rozbawiło. Musiałam podnieść się na duchu i stanąć na nogi, teraz dla niej muszę być silna. Tak jak wiele razy w życiu, znów przydałoby mi się wsparcie mamy, i tak jak wiele razy wcześniej znów zadałam pytanie – dlaczego nie ma jej przy mnie?
DLACZEGO ?
Chciałabym choć raz wtulić się w Twoje ramiona Mamo
Wzlecieć na skrzydłach motyla, ku światłości wysoko
Byle najdalej w zapomnienie
Tak chciałabym znów być, małą dziewczynką
Umieć patrzeć radośnie, uczepiona fartucha
Dobry Jezu! jak mogłaś? Co czułaś?
Ziemię pod moimi stopami, usłałaś cierpieniem
Gdzie jesteś! Długie trzydzieści trzy lata
Dlaczego?
Gdy chciałam mówić mama
Nie miałam do kogo
Gdy przed ołtarzem mówiłam Tak
Nie było Cię obok
Dlaczego?
Gdy usłyszałam pierwszy płacz mojego dziecka -
Nie było Cię
Moje dzieci nie mogą powiedzieć Ci babciu!
Dlaczego?
Nie było Cię ze mną, gdy chciałam przejść przez rzekę Styks
Bóg czuwał nade mną, nie Ty
Rzeka wyschła, zabrakło przewoźnika
Nie ma Cię…! Gdy moje życie rozsypuje się w gruz
Co robić? Jak żyć? A może…?
Koryto rzeki wypełniło się?!? Może odpłynąć?
Ku światłości, ku wieczności!
Gdzie nie będzie cierni, wbijanych w serce.
Znów będę mogła wtulić się w Twoje ramiona
I wołać
Mamo !
( wiersz powstał kilka lat później )
- Proszę o karetkę, żona zaczyna rodzić! - panikował.
- Poproszę adres, nazwisko, który to poród itd… - a usłyszawszy, że pierwszy dyżurna powiedziała,
- Spokojnie…! Nie pali się, pewnie poleży jeszcze ze dwa dni!
- Nie wiem ile poleży! Przyjeżdżajcie!!! - zaczął się już denerwować. Przyjechali dosyć szybko. Całą wyprawkę do szpitala miałam już dawno przygotowaną, więc po minucie byłam w karetce. Przyjęli mnie na oddział położniczy. Lekarz położnik widząc mnie na korytarzu zrobił wielkie oczy i zapytał:
- A co Ty tu robisz?!?
- Przyszłam rodzić - odpowiedziałam.
- Co chcesz rodzić? - popatrzył na mnie z uśmiechem. Tuż przed porodem ważyłam niespełna 50 kg, wcześniej 42 kg. Przybrałam osiem kilo, to i tak dużo - pomyślałam, o co mu chodzi?
Po badaniu okazało się, że jestem już gotowa do porodu! Na ścianie wisiał duży zegar, zerkałam na niego co chwilę i bałam się coraz bardziej! Bolało mnie coraz mocniej, nie wiedziałam czego jeszcze mogę się spodziewać?!? Całe zamieszanie od chwili przybycia trwało około dwóch godzin! O drugiej w nocy urodziłam córeczkę! Maleńką 52 cm i 2.450 kg, ale za to zdrowiutką! A to było najważniejsze! Zaraz po porodzie zabrali mi ją gdzieś i przynieśli dopiero rano, i wtedy nareszcie mogłam obejrzeć moje dziecko. Zawinięta na sztywno w jakieś szpitalne szmaty wyglądała jak naleśnik. Widziałam tylko główkę, taką maleńką jak u laleczki! Była prześliczna i nie mogłam się napatrzeć, buźka śniada bez żadnych zaczerwienień, brwi czarne jakby ktoś namalował kredką! Czarnymi oczyma patrzyła na mnie, a ja nie mogłam uwierzyć, że jest moja WŁASNA! Niesamowite uczucie!
Okazało się, że na sali, na którą mnie przeniesiono, na drugim łóżku leży moja koleżanka z klasy Basia C.! A to niespodzianka! Wcześniej w szkole dopatrzyłyśmy się, że obie urodziłyśmy się tego samego dnia, miesiąca i roku! A teraz razem rodziłyśmy swoje pierwsze dzieci! Z tą małą różnicą, że Basia urodziła dzień wcześniej i miała synka, a ja córeczkę! Co za zbieg okoliczności! Podczas karmienia patrzyłam na nią z zazdrością bo miała dużo pokarmu, a u mnie praktycznie nic! Mój dzidziuś był głodny i zaczęłam się denerwować czym ją nakarmię?
- Nie martw się, na początku tak jest - pocieszała mnie o jeden dzień bardziej doświadczona mama!
- Basia Ty już swoje nakarmiłaś i marnuje Ci się reszta pokarmu. Nakarmisz mi moje dziecko?!? - wpadłam na pomysł. I tak się stało, za chwilę moja maleńka córeczka mlaskała zadowolona!
Kiedyś nie wolno było przychodzić na oddział w odwiedziny. Można było pogadać tylko przez okno, a dziecko pokazać przez szybę. Widziałam, że Mirek próbuje coś do mnie mówić, otworzyłam więc okno i słuchałam:
- Wiesz! Byłem już w urzędzie i zarejestrowałem dziecko!
- Jak to? Przecież tam trzeba było podać jakieś imię dziecka i co?
- No i podałem! - odpowiedział całkiem spokojnie.
- Co? Jak? - byłam zła i zawiedziona, że nie uzgodnił tego ze mną.
- Dorotka!
- Dorotka - powtórzyłam. No dobrze - ładnie, niech będzie. „Ta Dorotka, ta malusia, tańcowała do kolusia” - przypomniały mi się słowa piosenki.
Córeczka miała się dobrze, ja też szybko doszłam do siebie, ale dopiero po czterech dobach mogłam wyjść do domu. Po odbiór ze szpitala przyjechała teściowa a nie mój mąż. Podobno był w trasie z towarem, byłam tym trochę zawiedziona, chciałam żeby było inaczej… ale cóż życie jest życiem. Teściowa zawiozła nas do swojego domu, nie tak jak przypuszczałam, że pojadę do siebie na stancję. Byłam trochę niezadowolona, ale nic nie powiedziałam. Do teściów miałam nadal duży dystans, a ich dom był dla mnie duży, zimny i obcy. Położyłam córeczkę na rozesłanej wersalce i nie wiedziałam co mam począć dalej. Teściowa szybko wyszła z domu by wrócić do pracy. Zostałam sama, zrobiło się straszliwie cicho i obco, patrzyłam po ścianach i czułam ogromną pustkę i samotność! Powinnam być szczęśliwa, więc dlaczego tak się nie czułam? Położyłam się obok mojego maleństwa i cichutko zaczęłam płakać. W myślach pytałam siebie „Jak sobie poradzę? W co ubiorę maleństwo? Czym ją nakarmię?”. Patrzyłyśmy na siebie, ona przebierała nóżkami i zdawała się uśmiechać. Ja też uśmiechałam się do niej.
- Cześć mój słodki Aniołku - pieszczotliwie całowałam po maleńkich paluszkach - nie jestem już sama! Mam Ciebie! Ty nigdy nie będziesz musiała tęsknić do mamy, zawsze będę czuwała nad Tobą, obiecuję! Tak bardzo Cię Kocham! Moje słoneczko marszczyło brewki i z uwagą przyglądało mi się jakby chciało zrozumieć co do niej mówię. Trochę mnie to rozbawiło. Musiałam podnieść się na duchu i stanąć na nogi, teraz dla niej muszę być silna. Tak jak wiele razy w życiu, znów przydałoby mi się wsparcie mamy, i tak jak wiele razy wcześniej znów zadałam pytanie – dlaczego nie ma jej przy mnie?
DLACZEGO ?
Chciałabym choć raz wtulić się w Twoje ramiona Mamo
Wzlecieć na skrzydłach motyla, ku światłości wysoko
Byle najdalej w zapomnienie
Tak chciałabym znów być, małą dziewczynką
Umieć patrzeć radośnie, uczepiona fartucha
Dobry Jezu! jak mogłaś? Co czułaś?
Ziemię pod moimi stopami, usłałaś cierpieniem
Gdzie jesteś! Długie trzydzieści trzy lata
Dlaczego?
Gdy chciałam mówić mama
Nie miałam do kogo
Gdy przed ołtarzem mówiłam Tak
Nie było Cię obok
Dlaczego?
Gdy usłyszałam pierwszy płacz mojego dziecka -
Nie było Cię
Moje dzieci nie mogą powiedzieć Ci babciu!
Dlaczego?
Nie było Cię ze mną, gdy chciałam przejść przez rzekę Styks
Bóg czuwał nade mną, nie Ty
Rzeka wyschła, zabrakło przewoźnika
Nie ma Cię…! Gdy moje życie rozsypuje się w gruz
Co robić? Jak żyć? A może…?
Koryto rzeki wypełniło się?!? Może odpłynąć?
Ku światłości, ku wieczności!
Gdzie nie będzie cierni, wbijanych w serce.
Znów będę mogła wtulić się w Twoje ramiona
I wołać
Mamo !
( wiersz powstał kilka lat później )
niedziela, 1 lipca 2012
Zaraz po
ślubie zamieszkaliśmy razem z Mirkiem na wcześniej przygotowanej przez teściów
stancji. Z pieniędzy, które zebraliśmy w prezencie ślubnym kupiliśmy swój
pierwszy czarno-biały telewizor. Zaczynałam nowy rozdział w moim życiu! Musiałam
nauczyć się bycia żoną i gospodynią! Jak powinna wyglądać szczęśliwa rodzina - „bo
tylko taką chciałam mieć” poznałam z lektur, czytanych książek i filmów typu „Domek
na prerii”. Obraz szczęśliwej rodziny malowałam przez całe dzieciństwo, teraz
mogłam go ożywić! Na początku ogarnęło mnie dziwne uczucie, gdy myślałam że to
już koniec złej passy! Jesteśmy już razem i oboje pracujemy, teraz może być już
tylko lepiej! Tak myślałam!
Tam gdzie
mieszkaliśmy, mieszkał jeszcze jeden lokator Michał H. Był operatorem dźwigu na
budowie. Wkrótce wprowadziła się do niego jego świeżo poślubiona żona Teresa,
moja imienniczka, więc były nas dwie Teresy! Będę nazywała ją Terenią by nas
nie mylić (stała się niemal moją siostrą, przyjaźnimy się już prawie
trzydzieści sześć lat!). Okazało się, że Terenia pracowała u moich teściów w
sklepie rybnym na smażalni, dlatego też znała mnie o wiele lepiej niż ja ją!
Pewnie nasłuchała się cudów na mój temat, ale co mi tam! Okazała się bardzo
dobrą, serdeczną osobą i co ciekawe miałyśmy w podobnym czasie rodzić swoje
pierwsze dziecko! Tylko, że mój termin porodu wypadał miesiąc wcześniej.
Cieszyłam się, że wprowadziła się do nas, we dwie zawsze raźniej! Pracowałyśmy
więc i miałyśmy mało czasu na pogaduchy. Po pracy pranie, gotowanie i cała
reszta obowiązków domowych, zależało nam by być dobrymi żonami! I tak szybko upływał
nam czas.

- Mirek zapraszam Ciebie do siebie na jednego imieninowego! Spojrzałam na Mirka, on na mnie i nas zamurowało, ale odpowiedział - dobrze. Zaproszenie było jednoosobowe i okazało się całkowitym brakiem taktu! Ale co zrobić, przecież to gospodyni i dlatego powiedziałam do Mirka:
- Idź, bo później będzie się czepiać byle czego! - no i poszedł. Za ścianą śmiechy i chichy, a ja w pokoju sama! Poczułam się jakby ktoś napluł mi w twarz!
„Myślisz, że potrzebuję Twojej wódki?!? - złościłam się - mam swoją! Jeśli będę chciała wypić to sobie wypiję!”. Nigdy nie piłam mocnego alkoholu, nie smakował mi i nawet na weselu wypiłam tylko odrobinkę! Ale teraz coś mnie napadło! Chciałam pokazać gospodyni! - tak właściwie to nie wiem co chciałam jej pokazać i udowodnić! Czyste wariactwo! Wyjęłam butelkę z barku, spojrzałam w lusterko i zaczęłam się śmiać. Napiję się do lusterka, a co! Słyszałam przecież o tym kawały! A poza tym byłam ciekawa jak to jest być pijanym!?! Nalałam sobie pół literatki, spojrzałam na siebie w lusterku i powiedziałam:
- No to sobie wypijemy!
Wysączyłam wszystko, lecz co za wstrętny napój, fuj…! Trudno, chciałam przecież być pijana a nie jestem wcale, więc będę pić dalej! Za chwilę wypiłam drugą, trzecią literatkę i pomyślałam „Jak to! Przecież tym nie można się upić, nic mi nie jest, może tylko odrobinę cieplej!”. Po krótkim czasie zostało tylko trochę na dnie i zaczęło mi się robić niedobrze! „Nie chcę już, nigdy więcej”. Ależ byłam głupia! Nie wiedziałam, że alkohol zaczyna działać z opóźnieniem! Zapukałam jeszcze do gospodyni i wywołałam Mirka, pokazałam na butelkę. Złapał się za głowę i powiedział:
- Coś Ty narobiła!
- Nie wiem… chyba się napiłam? - i padłam na wersalkę. Chryste Panie, jak ja się męczyłam, przez większość nocy Mirek podtrzymywał mi głowę nad miską. A ja obiecywałam na wszystkie świętości „Nigdy Więcej!”. Cały następny dzień przeleżałam w łóżku.
Dwa tygodnie
po tym zdarzeniu zaczął pobolewać mnie brzuch. Poczułam to raz, po chwili ponownie,
tak jak przed okresem. Właściwie nadszedł już termin porodu więc zaczęłam
podejrzewać, że to już czas. Skurcze wracały regularnie co pięć minut.
- Mirek musisz dzwonić na pogotowie. Coś zaczyna się dziać! - było około jedenastej wieczorem! Luty, zaspy śniegu. Nie było mowy o spacerku do szpitala, to zbyt daleko dla rodzącej kobiety! Spanikowany biegał szukać czynnej budki telefonicznej. Kiedyś nikt nie nosił telefonów w kieszeni, nawet domowy mieli nieliczni! Trudno było o telefon lecz w końcu udało mu się dodzwonić…
- Mirek musisz dzwonić na pogotowie. Coś zaczyna się dziać! - było około jedenastej wieczorem! Luty, zaspy śniegu. Nie było mowy o spacerku do szpitala, to zbyt daleko dla rodzącej kobiety! Spanikowany biegał szukać czynnej budki telefonicznej. Kiedyś nikt nie nosił telefonów w kieszeni, nawet domowy mieli nieliczni! Trudno było o telefon lecz w końcu udało mu się dodzwonić…
Subskrybuj:
Posty (Atom)