środa, 30 maja 2012

Czasami w domu dziecka zdarzały się cuda!!! Zjawiały się Anioły i wręczały wybranemu dziecku Książeczkę Mieszkaniową. W porywach dobroci i chęci pomocy, czasami jakiś zakład pracy fundował taki prezent któremuś dziecku. Nie mam pojęcia czym się kierowano przy wyborze dziecka. Szczęśliwcy byli w różnym wieku, czasami całkiem mali, innym razem kończący szkołę. Na czas wręczenia Książeczki Mieszkaniowej wybranek ubrany był na galowo, by godnie się zaprezentować i upewnić fundatorów, że dokonali słusznego wyboru. Pozostali patrzyli zazdrośnie. Mnie ani mojego rodzeństwa nie spotkał taki zaszczyt. No cóż, czas usamodzielnienia się był koszmarny! Wpadało się na głęboką wodę i trzeba było mocno walczyć by nie utonąć (o tym później). Tymczasem trzeba było się cieszyć tym co życie przynosiło. Wcześniej wspomniałam już moją polonistkę - Panią Irenę B., bardzo ją lubiłam i ona mnie też! Zawsze wiedziała kiedy nie jestem przygotowana do lekcji, wystarczyło że spojrzała na mnie, uśmiechała się wtedy i groziła mi palcem. Czasami jak miałam coś wykute na „blachę” wtedy odpytywała mnie, a ja popisywałam się wiedzą. Zwracała się do mnie „Teresica”, podobało mi się to bo wyczuwałam w tym coś ciepłego. Pod koniec podstawówki zaproponowała mi wspólne wakacje na „Dadaju”. Było to piękne miejsce, domki letniskowe wśród drzew, nad dużym jeziorem. Żyć nie umierać!!!


Zawarłyśmy między sobą umowę, że czasami jeśli będzie chciała popływać to zaopiekuję się jej małym synkiem Arturem. Pewnie, że tak!!! To żaden kłopot, byłam jej wdzięczna za ten pomysł. Było bardzo fajnie! Dawała mi trochę luzu, więc mogłam czuć się jak z rodziną na wczasach. Podczas tych wakacji pierwszy raz dostałam dolegliwości kobiecej. Tak mnie bolał brzuch, że aż słabo mi się robiło. Pani Irena dała mi tabletki i potrzebne „opatrunki” i wytłumaczyła co z czym i jak. Fuj! Niedobrze mi się robiło, ale tylko przy pierwszym zetknięciu.


Przyczepił się do mnie jakiś chłopak. Był starszy ode mnie i koniecznie chciał się ze mną umówić. Chyba zwariował - pomyślałam. Broniłam się jak mogłam, ale Pani Irena była innego zdania. Widocznie miała niezły ubaw widząc moje pierwsze zmagania w tej kwestii:
- Umów się z nim na spacer, chłopak tyle się stara, co Ci zależy!?! – powiedziała. No i się umówiłam! Poszliśmy brzegiem jeziora, niby romantycznie! Tylko o czym miałam z nim gadać!?! Szliśmy jakiś czas milcząc. Czasami próbował się do mnie zbliżyć, wtedy jak rażona prądem udawałam, że podnoszę jakiś patyk, który właśnie bardzo mi się spodobał! I tak przez cały spacer. Nie mogłam doczekać się kiedy już skończy się to głupie spacerowanie i wrócę do domu! Gdy wróciłam pani Irena zapytała:
- Jak udał się spacer?
- Nie pójdę więcej!!!
Uśmiała się ze mnie nieźle. Gdy tylko pokazał się gdzieś na horyzoncie mówiła
- Twój adorator krąży. Wtedy nie wychylałam nosa z domku i więcej się z nim już nie spotkałam. Niezaprzeczalnie byłam w okresie kiedy „MOTYLKI” buszowały w brzuchu, a ja zaglądałam coraz częściej w lusterko.




wtorek, 29 maja 2012

 


Czas biegł swoim rytmem, dzień, noc, miesiąc, rok. Dni jasne, słoneczne i z gradowymi chmurami. Starałam się żyć własnym życiem, przestałam wierzyć, że coś może się zmienić w moim życiu. Żeby nie było tak słodko i gładko! To mama wpadła dwa razy na dziesięć lat w odwiedziny (opisałam je wcześniej), by rozdrapać rany. Raz „tata”, by oznajmić dziecku, że nie jest jego!!! To takie przerywniki, bym nie zapomniała, że mam być nieszczęśliwa! Ale co tam, podniosę się silniejsza!


Agata niewiele pamiętała, dom rodzinny, którego braciszek praktycznie nie znał. Widocznie los uznał, że za mało go doświadczył, więc zesłał mu chorobę! Pod gałką oczną zaczął rosnąć jakiś guz, im większy się stawał tym bardziej wypychał oko na zewnątrz. Zabrano go do Bartoszyckiego szpitala na obserwację, był tam około trzech miesięcy. Później odesłano do Olsztyna, w którym spędził około czterech miesięcy. Choć nie wiem po co, skoro nic mu nie zrobili tylko odesłali go do Warszawy! Tam też spędził dużo czasu, około pół roku. Myślę, że potraktowano go jak królika doświadczalnego, można było popatrzeć, pouczyć się! PRZECIEŻ BYŁ NICZYJ!!! W końcu zrobiono mu operację celem usunięcia guza. Kiedy wrócił do domu bardzo cieszyłam się z jego powrotu, ale nie długo.
Pani Szmit, higienistka powiedziała mi:
- Teresa, Rysiek nie widzi na to oko.
- Jak to nie!
 - nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam,
Zasłoń jedno oko, powiedz co robię? - próbowałam testować. Posłusznie wykonał polecenie.
- Ale ja ciebie nie widzę!
- Nie oszukuj! Tylko powiedz co widzisz, przecież masz oko!
 - coraz bardziej panikowałam,
- To jest szklane - odpowiedziała mi P. higienistka. Jak grom spadły na mnie te słowa.
- Muszę Ci to powiedzieć. - patrzyła mi prosto w oczy -Zapamiętaj, operowano go w Warszawie na Brudnie, operację przeprowadził praktykant.
Matko Boska! Jak to?!? Jeszcze nie dotarło do mnie to co usłyszałam. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, kiedy wałkowałam te słowa w umyśle bez przerwy, co chciała przekazać mi to mówiąc. Po swojemu ułożyłam myśli i doszłam do własnych przekonań, że była to świetna okazja by szkolić młodych okulistów! Przecież to dziecko jest państwowe, nikt się o nie nie upomni! To był koszmar, bezradność i zdanie sobie sprawy, ile tak naprawdę znaczymy!?! Gdyby zabrano mu serce, też właściwie nic by się nie stało!


Poczułam własny brak wartości, nicość i pustkę. Stawałam się bardziej posępna, na niczym mi nie zależało, wszystko traciło sens. Stałam się krnąbrna, buntownicza, a za tym szły kolejne kary! Separowałam się od reszty w ustronnych miejscach, nie chciało mi się z nikim gadać! W dyrektorze zaczęło budzić to podejrzenie, że palę papierosy (choć do dziś ani razu nie zaciągnęłam się żadnym papierosem). Podejrzenie to budziło we mnie poczucie krzywdy, fałszywego oskarżenia! Złapałam doła, znowu nie chciało mi się żyć.


W szkole miałam bardzo bliską koleżankę Bożenę M. Byłyśmy razem przez całą podstawówkę i później w zawodówce. Bożena mieszkała razem z rodzicami w Bartoszycach koło „Moreny” i czasami zapraszała mnie do siebie. Robiła smaczną kawę, ale przede wszystkim miała fajną mamę, co bardzo mnie przygnębiało! Dlaczego ja tak nie mam!?! Dlaczego do nikogo nie należę!!! Poszłam do łazienki i trochę płakałam. W łazience na ścianie wisiała szafeczka z lusterkiem, otworzyłam ją i tam znalazłam tabletki. Wzięłam je i zaczęłam połykać, przestałam dopiero gdy już chciało mi się wymiotować. Otarłam oczy i wyszłam. Poszłyśmy we dwie do miasta na tak zwany „kwadrat” posiedzieć trochę na ławce, bo miałyśmy jeszcze czas, by pójść do szkoły na kolejną lekcję. Siedziałyśmy chwilę i wtedy zaczęło mi się jakoś dziwnie robić. Jakoś słońce jaśniej świeciło? A ja zaczęłam osuwać się na ławce. Słyszałam Bożenę gdy mówi do mnie:
- Teresa, Teresa co ci jest?!?
Widziałam ludzi i nic więcej. Ocknęłam się na pogotowiu. Były tam dwie kobiety w białych fartuchach, jedna z nich szarpała mnie za ramię.
- Mów czegoś się nażarła!!! - krzyczała.
Znów ktoś na mnie krzyczy! Patrzyłam na jej twarz, a ona wykrzywiała się jak w krzywym zwierciadle.
- Mów czegoś się nażarła, bo będziemy Cię pompować! – i znowu szarpie mnie, i krzyczy. Czemu ja tu jeszcze jestem, zadawałam w myślach pytanie.


Wypompowali mnie dając do picia wodę, w której pływał jakiś węgiel. Tak mi to wyglądało, jak ja wtedy wymiotowałam! O matko jedyna! Myślałam, że wnętrzności wypruję! Przyszła po mnie P. higienistka, a ponieważ mieszkałyśmy blisko to zaprowadziła do domu. Kazała leżeć i nie wstawać. Leżałam tak kilka dni, nie miałam sił by się podnieść, do łazienki szłam ledwie trzymając się ściany. Nie przypominam sobie, by rozmawiał ze mną jakiś psycholog, czy ktokolwiek taki? Czy ktoś zainteresował się dlaczego tak postąpiłam? Sama musiałam radzić sobie z załamaniem. Radziłam sobie jak tylko umiałam, żałowałam tylko, że tak źle się czułam, a nie tego co zrobiłam. Długo leczyłam ciało, ale duszę jeszcze dłużej.

sobota, 26 maja 2012

Dzisiaj z Okazji Dnia Mamy, dostałam wspaniały prezent od córek :-) w postaci filmiku, którym muszę się z wami podzielić. Dziękuję za to bardzo i Kocham swoje dziewczyny, równie mocno, jak one Kochają mnie :-)
dziś ten właśnie prezent będzie głównym postem. 



czwartek, 24 maja 2012

Moja chęć zaimponowania koleżankom źle się dla mnie zakończyła. Ucieczka z domu dziecka spowodowała, że stałam się czarną owcą w grupie! Musiałam to jakoś odkręcić i zrehabilitować się. Pracowałam i udzielałam się na rzecz grupy podwójnie. Nadarzyła mi się świetna okazja odkupienia winy. Mianowicie zbliżała się jakaś uroczystość i nasza grupa musiała przygotować przedstawienie związane z tym wydarzeniem. Ponieważ nie brakowało mi zmysłu artystycznego, zrobiłam dekoracje i stroje do przedstawienia, prowadziłam też gazetkę ścienną. Robiłam wszystko bez ociągania. W niedługim czasie zasłużyłam na pochwałę ze strony dyrektora. TO BYŁO COŚ! Do tego stopnia był zadowolony z mojego zachowania, że powiedział przy wszystkich:
- Agata powinna brać przykład ze starszej siostry! - pochwała została wpisana do kroniki Domu Dziecka.

Uff!!! Udało się, wszystko wróciło do normy!

Choć dom dziecka był domem świeckim, nigdy nie rozmawiało się oficjalnie na tematy religijne, to jednak Święta takie jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie były przygotowywane. Malowaliśmy wielkanocne pisanki, stroiliśmy choinkę, były też prezenty pod choinką. Stoły były łączone w jeden długi, nakryty obrusami. Na stole znalazło się ciasto i smaczne świąteczne dania. To był dobry czas dla zapomnianych dzieci, po które nikt nie przyjechał i nie zabrał do siebie do domu. Do części dzieciaków przyjeżdżali goście, zawsze dając im coś w prezencie pod choinkę. Tylko tacy jak ja ciągle wyglądali kogoś bliskiego, wciąż łudzili się - „że może tym razem?”. Może dziś będzie ten szczęśliwy czas? Wieczorami patrzyli w okno i puszczali wodze fantazji. Oczyma wyobraźni malowali wśród gwiazd Mamę, Mikołaja i ciepły dom z ogromną świecącą choinką i siebie w nim szczęśliwych!

Ja osobiście bardzo lubiłam tak marzyć, w ogóle nie chciałam wracać na ziemię! W moich marzeniach było tak ładnie, zasypiałam ze łzami na policzkach.

Już wtedy obiecałam sobie, że jeśli kiedyś będę miała swoje dzieci to dam im wszystko za czym sama tak bardzo tęskniłam. Dotrzymałam słowa! Od trzydziestu sześciu lat, podczas świąt, stwarzam świat prosto z bajki!

W każde Święta jestem z moimi dziećmi, by nie musiały tęsknić. Tylko raz zdarzyło się, że musiałam zostać zagranicą. Wtedy przyjechała do mnie najstarsza córka Dorota z mężem i dwójką moich wnucząt bym nie była sama tzn. bez moich dzieci. Ogólnie było nas jedenaście osób przy stole! Podczas składania Świątecznych życzeń jak na komendę, obie rozpłakałyśmy się w głos, trudno było zapanować  nad emocjami. Myśli nasze natychmiast połączyły się z pozostałą częścią rodziny, gdzieś tam daleko od nas. Był to pierwszy i ostatni raz gdy Święta spędzałyśmy oddzielnie! Powiedziałyśmy sobie wtedy - NIGDY WIĘCEJ!!! Choćby o chlebie i wodzie, ale zawsze razem!

Święta to czas radości i uciech. Jestem wtedy szczęśliwa, patrząc na moją rozbrykaną gromadkę wnucząt. Słuchając śpiewu i śmiechu moich dzieci czuję miłość jaką mnie obdarzają. Dla takich chwil warto w życiu trochę się pomęczyć. Szkoda tylko, że nie mogę pochwalić się mojej mamie tym co zbudowałam. Chciałabym, żeby była ze mnie dumna.

Tak dziś w przybliżeniu wyglądają święta w moim domu  

 
 


W TĘ NOC


Pod powiekami jasność, coraz większa jaskrawsza
Skrząca, jak mróz w pełni słońca
Na twarzy przysiadł śnieżny płatek
Następny i jeszcze jeden
I bielą pokryły się pola, łąki
A puchowe czapy, przywdziały w lesie sosny
W oczekiwaniu na te jedyną Gwiazdkę
Co jaśniej świeci od innych
Wśród nocnej ciszy, wiele matek na ziemi
Zanuci jak Maryja Dzieciątku
Lulaj że lulaj

W tę noc, gdy w Betlejem
Trzej Królowie pokłon składają
Wiele osób, dłonie w wieniec składa
Łamią się chlebem, mieszkańcy kartonowych osiedli
Kanałów ciepłowniczych, w pałacach i garkuchniach

 Wszyscy patrzą w niebo z nadzieją  
Gdy się Chrystus Rodzi

Wychowawcy w domu dziecka musieli naprawdę wykazywać elastyczność i mądrość w swoim działaniu. Do każdego dziecka trzeba było podchodzić indywidualnie, przecież każde ma inny bagaż życiowy, inną wrażliwość. Tu wielki pokłon w stronę wychowawców z naszego domu dziecka. Nie przypominam sobie sytuacji skrajnie drastycznych. Ot tam, pokrzyczeć na kogoś, czy dać karę za niewłaściwe zachowanie to normalne.

Pani Teresa i Pan Bazyli D. byli małżeństwem, które pracowało z chłopcami. Pani Tereska budziła duży respekt wśród wychowanków, gdy coś powiedziała to tak musiało być! Rzadko pracowała z grupą dziewcząt. Pan Bazyli równie wymagający i stanowczy, uczył wychowanków gry na instrumentach i prowadził zajęcia sportowe. Z Panią Teresą i Bazylim do dziś mam dobry kontakt. Wiele lat później przegadałyśmy dużo godzin. Śmiejemy się obie, że jest moją mamą, a ja jeszcze jednym jej dzieckiem. To miłe!

Któregoś dnia nie pamiętam o co mi poszło, ale wystarczająco, żebym poczuła żal, bunt i gniew na cały świat!!! Zapanowała nade mną mieszanka uczuć do tego stopnia, że chciałam umrzeć!!! Pomyślałam, że jeśli przestanę jeść to na pewno tak się stanie i wszystko się skończy! Tak też zrobiłam - odmawiałam jedzenia! Jeden dzień jakoś minął. Co prawda byłam głodna, ale równie uparta. Drugiego dnia zaczęli na mnie krzyczeć.
- Będziesz siedziała przy stole, dotąd dopóki nie zjesz!
No i siedziałam! Wszyscy wychodzą ze stołówki, a ja po każdym posiłku siedzę! Kiszki skręcają mi się już z głodu i mam wielką ochotę odpuścić. Ale nie, przychodzi ktoś i na mnie wrzeszczy! Automatycznie zapadnia opadła i rodzi się nowy bunt! Choć bardzo chciałam to nie potrafiłam odpuścić, każdy krzyk w moja stronę budził takie reakcje. Dobrze, że przyszła P. Tereska. Usiadła przy mnie, nie krzyczała tylko spokojnie mówiła!
- Głodna pewnie już jesteś?
Siedzę uparta z opuszczoną głową i nic nie mówię. A ona siedzi, gada i gada! Staram się nie słuchać, a ona dalej swoje:
- Tylko pomyśl, po co ci to? Sobie źle robisz - i tak pomału, spokojnie przebijała mur za którym się schowałam. Udało się! Stopniałam i sięgnęłam po kanapkę. Do dziś wciąż tak reaguję na rozkazujący krzyk. Czasami utrudnia mi to życie. Był to czas kiedy wchodziłam w tak zwany „trudny wiek”. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy, że coś takiego istnieje! Mnie również to nie ominęło!

Któregoś dnia byłyśmy z grupą na spacerze w lasku TPD. Nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy, ale powiedziałam koleżance, że dziś ucieknę z domu dziecka! Ot tak nieprzemyślnie wystrzeliłam. Wieść przebiegła od ucha do ucha po całej grupie, tak by Pani nie usłyszała. I dopiero wtedy dotarło do mnie co narobiłam?!? Czułam jak wszystkie oczy mnie śledzą. I co teraz, chyba naprawdę muszę uciec, choć wcale nie miałam na to ochoty?!? Zaczęłam się bać! Trudno, skoro już powiedziałam to muszę tak zrobić. Przecież nie mogę wyjść na mięczaka, wszyscy na to czekali! W drodze powrotnej ze spaceru po prostu odłączyłam się od grupy i poszłam w swoją stronę. Szłam jakiś czas przed siebie, aż w końcu zaczęłam się zastanawiać dokąd idę? To nie miało sensu! Świat na zewnątrz jest dla mnie obcy, a tu nadchodzi noc! Gdzie mam ją spędzić? Przypomniała mi się pani Zosia M., która pracowała u nas jako „nocna”. Wiedziałam gdzie mieszka, więc poszłam tam i zapukałam do drzwi. P. Zosia otworzyła i zapytała:
- Co Ty tu robisz o tej porze?
- Uciekłam z domu dziecka - odrzekłam,
- Jak to? Wejdź do środka.
Weszłam i usiadłam w kuchni przy stole, na którym pojawiła się gorąca herbata.
- Co Ty chcesz teraz zrobić?
- Nie wiem.
- To po co uciekłaś?
- Nie wiem.
- Musisz wrócić do domu dziecka, nie możesz tak sobie chodzić!
- Nie mogę wrócić
- odpowiedziałam.
- No dobrze, przenocuj u mnie, a rano pomyślimy.
Przygotowała mi posłanie w pokoju, w którym wkrótce zostałam sama. Pościel była wykrochmalona i zimna ale przyjemna. Przez okno wkradało się światło z ulicznej latarni, a ja śledziłam duży stojący zegar z wahającą się łyżką (tak to widziałam) i wiszącymi szyszkami. Tik-tak, tik-tak - matko jedyna jak on głośno tykał! Słuchając tego zegara nie wiem kiedy usnęłam. Lecz nie da się przespać kłopotów, rano trzeba wstać i się z nimi zmierzyć. Pani Zosia była cichą i spokojną kobietą, taka dobra dusza. Zapytała rano:
- Co chcesz teraz zrobić?
- Nie wiem, pojadę gdzieś.
- Dokąd?
- Nie wiem?!?
- niczego nie wiedziałam. Po co uciekłam? Dokąd chcę iść? To wszystko nie miało sensu! Co za głupi pomysł z tą ucieczką - żałowałam po czasie.
- Masz jakieś pieniądze? - zapytała,
- Nie, nie mam.
- Dam ci parę złotych, ale wracaj do domu dziecka.
No i dała mi jakieś pieniądze, ale było tego niewiele i wystarczyło zaledwie by dojechać do Lidzbarka Warmińskiego. Tam wysiadłam i czekałam w dworcowej poczekalni. Siedziałam tak i myślałam co dalej? Aż tu patrzę - do poczekalni wchodzi jedna z wychowawczyń naszego domu! Oczy zrobiły mi się wielkie jak pięć złotych, ale i tej Pani były nie mniejsze! Zaskoczenie było po obu stronach. Była młodą wychowawczynią i pracowała u nas krótko, może na jakimś stażu? Podeszła do mnie i zapytała:
- Co ty tu robisz?
- Nic.
- Dokąd się wybierasz?
- Donikąd.
- Uciekłaś?
- Tak.

Szybko zorientowała się co jest grane. Nie krzyczała, nie zmuszała do powrotu, tylko namawiała do niego:
- Teresa wracaj razem ze mną, ja też tam jadę.
- Nie mam pieniędzy - próbowałam oponować,
- Nie martw się ja kupię ci bilet.
- Ale ja się boję wrócić, boję się dyrektora.
- Trudno skoro narozrabiałaś, na pewno poniesiesz karę, ale trochę pokrzyczą i przestaną, jakoś będzie.

Nie dałam się długo prosić, chyba jakaś opaczność mi ją tu zesłała, cieszyłam się nawet z tego. Najważniejsze, że nie krzyczała, tylko rozmawiała ze mną jak z koleżanką. Cała ta nieszczęsna ucieczka trwała tylko jeden dzień i dzięki Bogu, że tylko tyle! Powrót do domu dziecka był oczywiście koszmarny. Spotkały mnie wszystkie sankcje jakie były tylko możliwe. Trzeba było się z tym pogodzić, trudno przecież zawiniłam!

sobota, 19 maja 2012


No właśnie, kolejne „gdyby NIE”! Gdyby nie wakacje, na które część dzieci wyjeżdżała do swoich domów rodzinnych. Była spora grupa takich szczęśliwców. Pozostałe patrzyły z zazdrością na radość pakujących się do wyjazdu. Wracał wtedy smutek i rodzące się pytanie - dlaczego po mnie nikt nie przyjeżdża? Może jutro ktoś przyjedzie? Może za tydzień? Na pewno pracują i nie mogli teraz przyjechać, próbowali sobie tłumaczyć. Ale Oni nigdy nie przyjeżdżali! Ileś tam par oczu smutnie patrzących w pustkę i kolejne piekące łzy. Kolejne wakacje w prawie pustym domu. Dzięki Bogu dom dziecka dla tych dzieci zawsze starał się jakoś umilić czas wakacji. Co prawda były to tylko dwa tygodnie z całych wakacji, bo tyle trwały turnusy kolonii czy obozów, ale zawsze było to wielkie wydarzenie. Mogę powiedzieć, że co roku zaliczałam jakiś obóz czy kolonię. 

Zazwyczaj na takich obozach były dzieci z domów rodzinnych. Nas z domu dziecka była na takim obozie może piątka - szóstka dzieciaków, mieliśmy wtedy dłuższy kontakt z tymi „normalnymi”. Pierwszą kolonią, na którą pojechałam był miesięczny wyjazd w góry. Były tam dzieci tylko z domu dziecka. Mieszkaliśmy w jakiejś szkole w Kamiennej. Musiało to być gdzieś w okolicach Nowego i Starego Sącza, Piwnicznej lub Zakopanego? Bo te miejsca zapamiętałam. Na ten wyjazd kupiono nam dziewczynkom piękne sukieneczki. Nie po jednej! Ja miałam aż trzy! Były śliczne i do dziś mam je przed oczyma. Każdego ranka robiono nam zbiórkę przed budynkiem, podawano plan dnia i jakie atrakcje nas czekają! A później, z ręcznikami na plecach maszerowaliśmy myć się do rzeki. Rzeka nazywała się Kamionka, może z racji tego, że naprawdę w tej rzece były same kamienie. Trudno było po niej chodzić, za to woda była cudo! Krystalicznie czysta, a co kawałek widać było malownicze kaskady. O ile rzeka była bardzo płytka, to przy mini wodospadach było już głębiej. Ale nie aż tak głęboko i dlatego chodziliśmy się tam kąpać. Przy tych mini wodospadach było mnóstwo radości i śmiechu, skakały do góry malutkie rybki a my próbowaliśmy je złapać. Wieczorami myliśmy się w strumyku, który płynął tuż za ogrodzeniem. Nad strumykiem była kładka, żeby gdziekolwiek się wydostać trzeba było po niej przejść. Strumyczek był płytki, płynął leniwie, szemrał i pluskał o kamienie. Fajnie było tam posiedzieć sobie i pomarzyć. No i moje niezapomniane Kłębowo! Były to obozy dzieci mieszanych, tzn. tych z domów dziecka i z domów rodzinnych. Na takim obozie byłam chyba z pięć razy i zawsze chętnie wracałam. Tam zaczynały się pierwsze „motylki w brzuchu”, pierwsze drgnienia serca, poznawanie uczucia, którego wcześniej nie znałam. 

Takim uniesieniom sprzyjał klimat otoczenia - jezioro, przecudne lasy wokoło, szum drzew i ogniska. Oj, rozmarzyłam się! Na polanie wśród drzew stały namioty „zuchówki” i budynek, a raczej barak, bo cały był z drewna. Mieścił się w nim gabinet lekarski, stołówka i kuchnia, w której po kolei mieliśmy dyżury. Młodsze dzieci spały w „zuchówkach”, a starsze w dużych wojskowych namiotach. Na ziemi wykładaliśmy gałęzie z sosny, co jakiś czas zmieniane. Wyglądały jak zielony dywan i tak pięknie pachniało lasem. Każdy musiał ułożyć przed swoim namiotem jakiś „Totem” z wybraną przez siebie nazwą namiotu np. „leśne ludki”, „motyle” czy „duszki” itd… Fantazjom nie było końca. Do swych małych dzieł wykorzystywaliśmy szyszki, korę, kamienie, muszelki i co tylko udało się nam znaleźć!!! Wszystko co podarowała nam natura. Ułatwiało to komunikację. Wystarczyło krzyknąć rozkaz „leśne ludki pod maszt!” i wiadomo było, który namiot rozrabiał i zakłócał ciszę nocną. Każdego ranka grała na pobudkę trąbka „ja już trąbię pół godziny, a wy śpicie itd…”. Przed snem był wieczorny apel, podsumowanie dnia i na koniec odśpiewanie razem z trąbką „słoneczko już gasi złoty blask, za chwilę niebo błyśnie czarem gwiazd, dobranoc już”. Oznaczało to, że od tej chwili obowiązuje cisza nocna. To tak według regulaminu, a naprawdę dopiero wtedy zaczynały się harce! Nie raz i nie dwa, staliśmy za karę pod masztem. Czasami i to nie pomagało, śmichy chichy nie miały końca. Wtedy Druh wręczał kubeczki i marsz po nocy do jeziora po wodę „i proszę napełnić wodą jakąś beczkę w obozie”. Oj, po takim marszu każdy padał i odchodziła ochota na śmiechy!

Na środku obozu stał maszt, a na nim wisiała Obozowa Flaga, przy której przez cały dzień i noc stała warta! Zadaniem warty było strzec obozu i Flagi, była to rzecz honorowa. Pewnego razu, gdzieś w lesie swój obóz rozbiło wojsko. Wpadli na diabelski pomysł, żeby ukraść nam tą flagę. Nie mam pojęcia jakiego użyli sposobu, ale flaga z masztu zniknęła!!! W zamian pod masztem zostawili list z propozycją wykupu. Pewnie zamarzyły się im pierogi z jagodami, więc znaleźli sposób jak je zdobyć. W zamian za flagę zażądali dwóch wiader jagód. Oj, co to się działo!!! Zamiast iść się kąpać nad jezioro, zarządzono wymarsz wszystkich drużyn do lasu na zbieranie jagód.

Obozy w Kłębowie to piękny, zaczarowany czas, a szczególnie śpiewanie przy ognisku „Obozowe tango”, „Płonie ognisko w lesie”, „Gdzie strumyk płynie z wolna” itd… Aż serce rośnie!

PRZEMIJANIE

Śpiew lasu, spokój jeziora
Serce rozpiera euforia
Blask ogniska, rozświetlone twarze
Czas cudów nigdy nie wróci
I kolejny rok przymierzy płaszcz starości
Dołoży siwy włos
Milimetr głębszą zmarszczkę
Zaglądam w rozbite lustro
Szukam tamtą dziewczynę
Wierzącą w latające dywany
Czarodziejski stoliczek, jezioro marzeń
Trzymam młodość za warkocz
Pokryty oberżyną
By pośpiesznie nie odeszła
Nie wiem co spotkam, za zakrętem
Kolejnego roku

Przydarzyło mi się też coś bardzo przykrego! Podczas zabawy w lesie uciekałam by nie zostać „berkiem”. Potknęłam się o leżącą gałąź i jak długa rąbnęłam przed siebie. Pech chciał, że okolicą żołądka nadziałam się na pień złamanego drzewka. Ciemno zrobiło mi się w oczach, widziałam jeszcze twarze nad sobą i koniec! Nic dalej nie pamiętam. Obudziłam się dopiero w „zuchówce”. Była przy mnie pielęgniarka, zapytała:
- Jak się czujesz? - właściwie nic mnie nie bolało, ale od powiedziałam
- Źle, boli mnie brzuch – skłamałam! I tylko dlatego, że nasza drużyna miała dyżur na kuchni, a ja chciałam, żeby mi się upiekło!
Nie byłam zadowolona gdy pielęgniarka zdecydowała, że zabiera mnie do izolatki, która była obok gabinetu. Przespałam tam noc. Na drugi dzień trochę zaczęło mnie boleć, lecz nie za bardzo. Na pytanie - jak się czuję, trochę bardziej udawałam niż faktycznie mnie bolało. Powiedziała wtedy, że musi wezwać karetkę pogotowia! Dopiero się wystraszyłam, że wyda się, że udaję. Natychmiast zaczęłam zdrowieć! I wykręcać się:
- Nie trzeba karetki, zaraz mi przejdzie, tylko trochę mnie boli!
Nie chciała mnie słuchać tylko wykręciła numer pogotowia. Karetka przyjechała dosyć szybko, wynieśli nosze i kazali mi się na nich położyć. Ale obciach przy całym obozie!!! Czerwona ze wstydu broniłam się jak mogłam:
- Pójdę sama, nic mi nie jest - koniecznie chciałam uniknąć tych noszy!
- Nie martw się, zrobią ci tylko prześwietlenie i zaraz wrócisz do obozu - przemawiała do mnie ciepłym głosem.
Zanieśli mnie na tych nieszczęsnych noszach do karetki i pojechaliśmy do szpitala w Lidzbarku Warmińskim. Pamiętam stół, rentgen ustawiany nad moim brzuchem i to była ostatnia rzecz, którą pamiętałam. Straciłam przytomność na kilka dni!!! Tak powiedziały mi panie, z którymi leżałam w jednej sali. Otworzyłam oczy a one zaczęły coś krzyczeć:
- No nareszcie! Obudź się! Obudź się!
Słyszałam jak te panie rozmawiały ze swoimi odwiedzającymi, że byłam podłączona przez kilka dni pod kroplówką i nic się nie działo! Zaczęły się denerwować dlaczego to tak długo trwa??? Co się dzieje? I dopiero wtedy coś drgnęło! Myślę, że miałam dużo szczęścia, że zabrakło dla mnie miejsca na oddziale dziecięcym. Długi czas nie mogłam normalnie chodzić, zgięta wpół powłóczyłam nogami. Na obóz oczywiście już nie wróciłam. Chyba jacyś Aniołowie czuwali nade mną. Oszukałam w kwestii bólu (dziwnie to brzmi, ale tak to wygląda) - dzięki temu szybko trafiłam do szpitala, i te Panie, które tak bardzo martwiły się o mnie, brak miejsca na oddziale dziecięcym. Wierzę, że to nie przypadek!!!


To młode dziewczę, które na fotografii stoi z tyłu to właśnie ja.

czwartek, 17 maja 2012

Ogólnie rzecz biorąc byłoby całkiem dobrze, gdyby nie te, no właśnie…! Gdyby…! gdyby…! gdyby…!
Gdyby nie to, że część wybrańców była wyróżniona przez ludzi z zewnątrz. Nie wiem od czego to zależało, że właśnie te dzieci a nie inne były wybierane? Może któreś miało ładniejszy uśmiech? Może śliczne oczka? A może ogólnie było milsze? Myślę, że nawet Ci ludzie nie wiedzieli dlaczego wybierają to właśnie dziecko a nie inne? Ciągle wybierane były te same! Pozostali trochę zazdrościli. Po takich wizytach przywiązywali się do siebie wzajemnie. Najpierw radość, że dzień czy dwa będzie szczęśliwie - hura!, ale szczęście szybko gasło. Trzeba dziecko odprowadzić, nie można go zatrzymać! I zaczyna się płacz, trzymanie za rękaw i prośba w oczach, w całym ciele!
- Ja chcę zostać z Tobą? Zabierz mnie stąd, proszę! Będę grzeczna!!!
- Nie mogę, musisz poczekać do następnej wizyty.

Serce pęka jednej i drugiej osobie. Co jakiś czas taki „KOSZMAR” się powtarzał! Patrzyłam ze smutkiem na te dzieci, i chyba byłam szczęśliwa, że mnie nikt nie chce! Siostra miała takie szczęście, raz zabrali ją jacyś ludzie, nawet nie wiem kto to był i dokąd pojechała. Dowiedziałam się gdy już jej nie było. Przeżyłam szok. Dziś myślę, że zrobili to celowo, by mi nie było przykro, że Agata jedzie a ja nie!
Czekałam na jej powrót w napięciu, i denerwowałam się bardzo. Po kilku dniach wróciła, w nowej sukience, z jakimiś zabawkami. W ręku trzymała zdjęcie, które zrobili jej i dali na pamiątkę. Stała tam, taka grzeczna, uśmiechała się słodko, opierała o jakiś samochód (chyba mam jeszcze to zdjęcie gdzieś w albumach). Więcej się nie pokazali. Może i dobrze!!! Po tej wizycie stała się trochę zarozumiała, co mnie wkurzało! Zaczęła pyskować i być arogancka! Przy jednej z takich pyskówek doszło do przepychanek. Tak mnie to poniosło, że mało nie pękłam ze złości:
- Ty gówniaro - krzyczałam - jestem od ciebie starsza, to ja Ciebie bronię i ochraniam, a Ty z rękoma do mnie! Ambicja i prestiż wśród koleżanek nie pozwalały mi jej odpuścić. Normalnie ją zbiłam! Aż się popłakała i z chlipaniem usnęła. Ja nadal byłam twarda, na pozór, dopóki patrzyły koleżanki. W nocy sumienie nie pozwoliło mi zasnąć. Zaczęłam szlochać w poduszkę, dlaczego ja tak mocno ją zbiłam? Nie mogłam sobie tego wybaczyć, głaskałam ją po głowie i szlochałam. Był to pierwszy i ostatni raz kiedy uderzyłam Agatę. Nigdy więcej nie podniosłam na nią ręki! Ale ona też nigdy do mnie więcej nie pyskowała. Sądząc po zachowaniu Agaty, takie zabieranie miało też swoje złe strony. W większości złe (tylko mały procent było w tym dobrego)! Dlatego, że dzieci te czekały na tą chwilę z tęsknotą, niepokojem i pytaniem – czy w ogóle zabiorą? Dramat rozstań, powtarzany co pewien czas odbijał się traumą, nawet jeśli dziecko grzecznie odchodziło nie płacząc. Odejście takie jest bardziej dramatycznie niż upuszczenie łzy. Znam to uczucie. Szloch duszy jest o wiele bardziej bolesny! I jak w przypadku zmiany w zachowaniu Agaty, co odbijało się dalszymi konsekwencjami, więc oceńcie to sami. Mnie nikt nigdy nie wybrał do swojego domu. Czułam się trochę gorsza, myślałam - co ze mną nie tak?
Jedna z wychowawczyń pani Krysia K. (ta sama, która jest na zdjęciu z dziećmi podczas przedstawienia) chyba zauważyła moje rozterki i powiedziałam mi:
- Teresa, może ja Ciebie zabiorę na noc do siebie? Żal mi Ciebie, a jutro będę szła do pracy, to cię odprowadzę.
- Dobrze
 - tylko na tyle było mnie stać w tym momencie. Poszłyśmy do niej, zrobiła kolacje, chwilę pogadałyśmy, pooglądali telewizję i tyle! Poszłyśmy spać. Jak się czułam? Nie za bardzo! Dom dla mnie obcy, siedziałam prawie na baczność i tak jakoś chłodno?!? W tym momencie przestałam żałować, że mnie nie zabierają. Polubiłam już swoje łóżko, szafeczkę, czułam się do czegoś przypisana, a tam byłam obca










środa, 16 maja 2012

Wprowadzono w naszym domu dziecka bardzo ważną rzecz, a mianowicie powierzono pod opiekę starszym dziewczynkom młodsze dzieci (nie pamiętam od jakiego wieku było się starszym). Ja dostałam pod opiekę Mariolę, była ładną dziewczynką, miała długie, czarne i kręcone włosy. Polegało to na tym, że trzeba było o nie dbać - uczesać, przypilnować by się umyły, do szkoły dobrze się ubrały, pilnować ich półek z odzieżą i w razie potrzeby pocerować ich rzeczy. Takie małe mamuśki! Byłyśmy z tego rozliczane. Nie trwało to przez cały czas mojego pobytu, ale dość długo. Były dziewczyny, które wykorzystywały daną im władzę nad młodszymi, swoim podopiecznym kazały na przykład wchodzić na szafę i skakać z niej na podłogę. Małe bały się odmówić, ale i bały się skakać! To było okrutne!!! Nikt nie śmiał o tym poskarżyć. Miałam tam kilka fajnych koleżanek, Teresę Sz. (dziś już nie żyje, zmarła na raka piersi, zostawiła dwójkę dzieci), Krystynę G. (do dziś utrzymujemy kontakt), Jolę Z. (nie wiem co się z nią dzieje), Grażynę B. itd… Z Jolką łączyła mnie wspólna pasja, obie uwielbiałyśmy Indian. Kochałyśmy mustangi mknące przez prerię, widziane na indiańskich filmach. Marzyłyśmy, że jak dorośniemy kupimy sobie konie i będziemy pędzić z wiatrem, przy pięknym zachodzie słońca. Na pewno widziałyśmy się gdzieś na dzikim zachodzie, małe głupole z nas ha ha. Zbierałyśmy wszystkie wycinki z gazet gdzie tylko pojawił się „Winnetou” i wszelkie obrazki związane z tym tematem! Można by zadać pytanie - skąd miałyśmy gazety? Zakradałyśmy się razem przez dziurę do Papierni, która mieściła się przy torach kolejowych. Siadałyśmy w stercie gazet i po cichutku wertowałyśmy strony, wyrywałyśmy znalezione obrazki, a w domu starannie wycinałyśmy je nożyczkami i wklejałyśmy do dużych brulionów. Miałam ich chyba z pięć sztuk z „Winnetou”, ze trzy ze zwierzętami (tygrysy, lwy, itd…), chyba wszystkie były tam zwierzęta, które też bardzo mi się podobały. Do dziś niektóre koleżanki pamiętają te moje kolekcje. „Winnetou” miał duży wpływ na kształtowanie mojej osobowości. Był taki dumny, szlachetny, sprawiedliwy i piękny, normalnie go kochałam!!! Do tego stopnia, że porwałam się do napisania własnej książki o „Winnetou”, miała tytuł „Winnetou i śmiercionośny pył” - oczywiście chodziło o złoto! Czytając kolejne książki o temacie indiańskiej spisywałam słówka i ich znaczenia, później wykorzystywałam w moim opowiadaniu. Na dole kartki robiłam gwiazdkę i tłumaczenie słowa np.
* Tipi - dom w kształcie stożka,
* mustang - koń,
* mokasyny - buty, itd…



To nie było byle co!!! Byłam wtedy dopiero w piątej klasie! Moja „książka” zawierała około trzystu stron zeszytu! Zaniosłam ją do Pani od polskiego Ireny Bekier. Jeśli ktoś pamięta panią Irenę to pewnie pamięta jak wyglądała?!? Miała długie czarne włosy, śniadą cerę normalnie jak Indianka i pewnie dlatego bardzo mi się podobała (do pani Ireny jeszcze wrócę). Była bardzo zdziwiona tym co napisałam i wstawiła mi wtedy dwie piątki do dziennika!!! Hura!!! Ale byłam dumna! Niestety gdzieś przepadł mi ten zeszyt. Szkoda, bo chętnie bym go sobie poczytała, zobaczyła co tam w tej głowie mi się roiło?!? A fantazji mi nie brakowało (chyba do dziś mi to zostało ha ha)!!! Podczas zabaw tworzyłam swoje szczepy. Ja byłam w szczepie Apaczów, oczywiście byłam tam wodzem, bo jakże by inaczej!!! Ha ha! W domu dziecka często z jakiś ważnych okazji grupy przygotowywały przedstawienia dla pozostałych dzieci, to była fajne! Zachowało mi się jedno zdjęcie z takiego przedstawienia, chyba z okazji Dnia Dziecka. Przebrani byliśmy za dzieci różnych ras. Miało nam to pokazać, że wszystkie dzieci i rasy są równe, że słowo mama wszędzie bardzo podobnie brzmi. Wymienialiśmy w różnych językach słowo mama i naprawdę brzmiało podobnie! Ja oczywiście przestawiałam dziecko indiańskie!!! Na zdjęciu widać wychowawczynię Panią Krysię K.


Mądre są przysłowia ludowe, jedno z nich mówi: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość będzie”. A o to przykład, spójrzcie na zdjęcia moich wnuków. Urządziłam im zabawę w Indian. Czyż nie wyglądają słodko?!? Do takich zabaw sama chętnie się przebieram - MASAKRA! Ja w wieku pięćdziesięciu paru lat…! Czasami myślę, że mam coś z głową nie tak, ale jak usłyszałam co powiedział mi starszy wnuczek, mogę przebrać sie za samego diabła, a co mi tam! Ha ha!
- Babcia, ale ty to zawsze fajne zabawy wymyślasz.



 
Jak Indianie to i łuki trzeba było robić. Podczas robienia i strugania strzał młodszy wnuczek skaleczył się w palec, pociekło trochę krwi i jak to dziecko - buzia w podkówkę gotowy do płaczu. Nie chciałam do tego dopuścić, więc powiedziałam:
- Szymonek, chyba nie będziesz płakał? Indianie są dzielni i byle skaleczenie ich nie przeraża!
Popatrzył na mnie i na palec, który już zawijałam i łzy gdzieś wsiąkły! Honor nie pozwolił mu się rozpłakać. Było to jego małe zwycięstwo! Mało tego! Urządziłam sobie pokoik, z wyjściem na taras, na styl indiański. Można tam wypić sobie kawę z indiańską muzyką w tle, zrelaksować się, a podczas przyjęć rodzinnych przy otwartych drzwiach balkonowych służy za palarnię. Ja nigdy nie paliłam i nie palę!!! Kiedy moja wnusia Klaudia miała wycieczkę z klasą do wioski Indiańskiej, szybko przerobiłam ją na Indiankę ha ha! Efekt oceńcie sami! I jak tu nie wierzyć w przysłowia!





wtorek, 15 maja 2012

Każdy dzień mieliśmy zaplanowany od rana do wieczora. Rano pobudka, mycie się, sprzątanie, śniadanie i wyjście do szkoły. Po szkole jeśli ktoś wcześniej kończył zajęcia, miał czas wolny do obiadu. Po obiedzie, zajęcia o których już pisałam albo ciche czytanie. Polegało to na tym, że każdy mógł czytać co chciał. Z wielkim zapałem przeczytałam trzy tomy „WINNETOU” i wszelkie książki na temat Indian. Byłam w nich zakochana. Czasami był też czas wolny do „odrabianki”. Na odrabianie lekcji zadanych w szkole były przeznaczone dwie godziny. Wtedy siedzieliśmy każdy przy swoim stoliku i braliśmy się za lekcje. Dziewczyny były w różnym wieku, rozpiętość klas była więc duża. Wychowawczyni siedziała przy swoim stoliku i od czas do czasu kontrolowała jak nam idzie. Jeśli ktoś miał kłopoty przysiadała się i pomagała przy lekcjach. Po odrabianiu lekcji następowała chwila na sprzątanie w pokojach, układanie ubrań na półkach, kąpanie, czy prasowanie itd… Kolacja, a po kolacji oglądanie telewizji. Jeśli ktoś nie chciał nie musiał jej oglądać. W TV leciały dobranocki: „GĄSKA BALBINKA”, „BOLEK I LOLEK”, „BALDAZAR GĄBKA”, „PTYŚ I BALBINKA” i wiele innych bajek. Filmy, które lubiliśmy oglądać to przede wszystkim seriale: „CZTEREJ PANCERNI I PIES”, „CZARNE CHMURY”, „JANOSIK”, „PAN SAMOCHODZIK I TEMPLARIUSZE” czy „WAKACJE Z DUCHAMI”. Mogłabym długo jeszcze tak wymieniać. Lubiane były też filmy przyrodnicze. Po obejrzeniu programów w TV przychodził czas do spania. Wtedy włączały się własne filmy, takie z domu, w których rolę główną grała mama. Czasami było słychać cichutkie chlipanie w poduszkę. Nikt jednak nie chciał się przyznać, że płacze, przecież jesteśmy twardzi, nie mazgaje!!!


Czas wolny nie oznaczał, że mogliśmy chodzić gdzie nam się podobało. Można było pójść na podwórko, pograć w piłkę na boisku, pospacerować - ale tylko po posesji domu dziecka, za bramę nie wolno było wychodzić. Na takie wyjścia mieli pozwolenie tylko starsi wychowankowie i to też tylko w niedzielę po obiedzie. Dostawali przepustki do miasta, na dwie - trzy godziny i powrót. Nie było mowy o spóźnieniu, bo natychmiast traciło się prawo do przepustki w następną niedzielę, chyba że ktoś miał solidne wytłumaczenie. Był regulamin, którego musieliśmy przestrzegać, mieliśmy prawa i obowiązki. To co opisałam wcześniej to były obowiązki, a jakie były prawa??? Nie mam pojęcia jakie miałam, nigdy wcześniej o tym nie myślałam! W czasie wolnym od nauki organizowano nam zajęcia sportowe na boisku, gry grupowe np. „zdobywanie sztandarów”, „palanta” i wiele innych. Lubiliśmy spacery do lasku TPD. Była tam górka, którą nazywaliśmy „diabelską górką”, fajnie się po niej biegało. W lasku często graliśmy w podchody. Fajna była to zabawa. Wiele razy wykorzystywałam ją w późniejszym życiu np. gdy ostatnio będąc z rodziną na wczasach zorganizowałam moim wnukom taką właśnie zabawę. Ja z piątką wnucząt w jednej drużynie, a ich rodzice w drugiej, ależ była zabawa!!! Jeśli rodzice nie wykonali zadania, które zleciliśmy im w listach, musieli zapłacić „piątaka”, czyli 5 zł na lody dla dzieciaków. Ale mieliśmy radochę, gdy sprężali się by nie przegrać, a LODY I TAK BYŁY!!! ha ha. Spędziliśmy dzień pełen wrażeń.


Czy byliśmy bici? Czasami tak! Przy grupie maluchów pracowała pewna pani (nie będę wymieniać jej imienia), jak ją coś wkurzyło, to potrafiła wziąć dziecko za policzki i walnąć jego głową o ścianę. Czasami dyrektor przyłożył linijką. Taki właśnie miałam pierwszy kontakt z linijką. Schodząc ze schodów, natknęłam się na dyrektora i nie powiedziałam „dzień dobry”, ale przecież widziałam go już trzy razy tego dnia i za każdym razem to powtarzałam!!! A on do mnie:
- A co to Panna nie potrafi powiedzieć „dzień dobry???” - i łup mnie tą linijka po plecach, aż pękła na trzy części. Spojrzał tylko na nią i wrzucił do kosza. Gdy tylko odszedł wróciłam, wyjęłam ją z kosza i schowałam, nie wiem po co to zrobiłam. Dyrektor był człowiekiem o surowym spojrzeniu, prawie nigdy się nie uśmiechał. Baliśmy się go!!! Lecz nie tylko my, ale też pracownicy i wychowawcy woleli nie mieć z nim nic do czynienia. Miał dziwny zwyczaj, gdy z kimś rozmawiał to unosił lekko głowę do góry i zamykał oczy, od czasu do czasu uchylał je by spojrzeć na rozmówcę. Trochę nas to śmieszyło, przedrzeźnialiśmy go. Ale dom prowadził twardą ręką! Może właśnie dzięki temu wszystko funkcjonowało dobrze, nie wiem?




Bardzo miło wspominam czas, kiedy w młodszej grupie Pani siadała na krzesełku, a my po „turecku” na dywanie wokół niej. Wtedy zaczynało się czytanie bajek, siedzieliśmy z rozdziawionymi buziami i wypiekami na policzkach. Słuchaliśmy bajek o krasnoludkach, złych macochach i sierotkach. Niemal każdy automatycznie utożsamiał się z tą trzecią, czyli dobrą postacią, wrażliwą, której źle się w życiu wiedzie. Ale zawsze było światełko w tunelu ciemności, i na koniec sierotka była szczęśliwa i wszystko dobrze się kończyło. Chętnie w takim zakończeniu widzieliśmy siebie, działo się to podświadomie, że kiedyś będziemy szczęśliwi i zła bajka dobrze się zakończy.


poniedziałek, 14 maja 2012

W dzisiejszym wpisie będę chciała opisać trochę dom dziecka, w którym mieszkałam i warunki jakie w nim panowały. Były lepsze i gorsze dni, postaram się opowiedzieć o jednych i o drugich. Nie mogę i nie chcę naginać faktów, mówiąc że wszystko było „be”!!! Użalać się i biadolić?!? Po co? Dla każdego z wychowanków było to indywidualne przeżycie, zależne od bardzo wielu czynników. Na pewno jedno łączyło wszystkich, poczucie odrzucenia, brak kontaktu z rodzicami i pustka w sercu, która przychodziła przed zaśnięciem. Oglądając dzisiejsze reportaże o domach dziecka, patrząc na przemoc, wulgaryzmy, brak poszanowania wszystkiego i wszystkich - ogarnie mnie przerażenie! Masakra! Może w ten sposób dzieciaki odreagowują to co ich spotkało? Może to świadectwo innych czasów? Inne metody wychowawcze? Ale dość tego! Nie będę więcej roztrząsać co i dlaczego, bo zostanę zlinczowana, a to mi się nie uśmiecha! Miałam ogromne szczęście, że trafiłam do tego domu dziecka. Były tam pokoje trzy i czteroosobowe, starano się, żeby rodzeństwa mieszkały razem. Pokoje były kolorowe, jeden w tonacji błękitu, przypominał niebo, drugi różu, jeszcze inny oliwkowy itd… Jeśli zasłony w oknach były błękitne, to ściany, pokrycia na łóżkach i wersalkach też były w tym kolorze. Podobało się to nam. W pokojach były kwiaty i miało to swój cel, uczyło nas pielęgnacji i dbania o rośliny. O przemocy między wychowankami można było zapomnieć! Od razu wyciągane były konsekwencje. Pamiętam jak pobiłam się ze starszą i o wiele wyższą koleżanką Wandą W. Dlatego, że byłam mniejsza musiałam sięgnąć jej włosów, i stało się - pobiłam jej okulary! Ale chryja!!! Dlaczego pobiłam się??? Poszło o moją siostrę! Nikomu nie wolno było ruszyć mojego rodzeństwa, bo stawałam w ich obronie jak jastrząb z pazurami. Za ten wyczyn dostałam karę, zakaz oglądania telewizji przez kilka dni i dość srogą rozmowę z wychowawcą. Ale co tam!!! Gdyby sytuacja się powtórzyła zrobiłabym to samo (tak też postępowałam w dorosłym życiu, chroniąc moje dzieci przed karami cielesnymi, dopuszczałam tylko rozmowy).

Z książką jestem ja, po mojej prawej Wanda, obok niej moja siostra Agatka i dalej Gabrysia


Było dużo metod wychowawczych, które dziś uważam za dobre (do tego stwierdzenia musiałam bardzo dorosnąć). Wtedy myślałam inaczej i jak niemal wszyscy buntowałam się przed zajęciami, które nam fundowano. Małe dzieci z racji wieku nie miały zbyt wielu obowiązków, zbieranie zabawek po zakończeniu zabawy i wszelkich śmieci z wykładziny. Starsze grupy miały ustalany grafik dyżurów na okres tygodnia, a po tygodniu go zmieniano. A wyglądało to mniej więcej tak:




Dyżurne ze stołówki nakrywały stoły do każdego posiłku, a potem znosiły naczynia do zmywalni i zakładały krzesła na stoły. Oczywiście każdy musiał sprzątać swój pokój co rano, łącznie z myciem podłogi. Narzekaliśmy na te wszystkie obowiązki, a najbardziej wtedy gdy wychowawczyni kazała poprawić sprzątanie, bo znalazła np. kurz na poręczach schodów. Nie można temu zaprzeczyć, że czegoś nas to musiało nauczyć!!! 


Pranie oddawaliśmy do pralni, która była w bloku chłopców, ale bieliznę osobistą, rajstopy, skarpety musieliśmy prać ręcznie sami i pilnować swoich rzeczy. Mieliśmy wszystko oznaczone by można było łatwiej odnaleźć swoje rzeczy wśród wielu ubrań wracających z pralni. Było to bardzo ważne!!! Każdy wychowanek miał swoją kartę, na której były rubryki z zapisami co dany wychowanek posiada, np. rajstopy - 5 sztuk, bluzki - 3, majtki - 5, skarpety - 6 par itd… Co jakiś czas były przeprowadzane tak zwane inwentaryzacje. Oj jak się tego bałyśmy. Zawsze coś komuś brakowało i wtedy jedna drugiej przemycała ubrania z pokoju do pokoju by nie dać się złapać. Podczas liczenia wszystko musiało się zgadzać. Jeśli czegoś brakowało, trzeba było tak długo szukać aż się znalazło, oj to nie było fajne!


W dni wolne od nauki mieliśmy dyżury w kuchni, trzeba było pomagać przy obieraniu ziemniaków i warzyw, szorować gary. Tego też nie lubiłyśmy robić, choć panie kucharki były bardzo miłe i czasami wetknęły coś smacznego w rękę. Czasami pani Jadzia P. organizowała nam zajęcia w kuchni, uczyła nas pieczenia ciast i takich tam różności. Raz w tygodniu mieliśmy zajęcia z nauki haftowania, wyszywania poduszek haftem krzyżykowym. Dekorowaliśmy naszymi pracami pokoje, na stolikach i szafeczkach wszędzie leżały kolorowe serwetki. Uczono nas też cerowania dziur w rajstopach. Nie było to zaszywanie na tak zwaną okrętkę, tylko naprawdę porządne cerownie. Poza tym robienie na drutach, szydełkowanie i szycie. Wszystkie te umiejętności bardzo przydały mi się w dorosłym życiu. Nikt nie może powiedzieć, że nie przygotowywano nas do samodzielności.

sobota, 12 maja 2012

Droga w nowe życie prowadziła przez las. Bardzo uważnie patrzyłam na mijane widoki za oknem samochodu, który wiózł nas w nieznane. Dłużyło mi się strasznie. Jechaliśmy przez jakąś leśną drogę, aż dotarliśmy do asfaltowej. Znowu las, jakieś zabudowania. W końcu dotarliśmy do Lidzbarka Warmińskiego, lecz nie był to koniec podróży. W Lidzbarku zaprowadzono nas do jakiegoś pomieszczenia, gdzie panie chodziły w białych fartuchach, a nas badano, mierzono i nie wiem co tam jeszcze. Dziś myślę, że to musiała być jakaś przychodnia, albo coś takiego. Sprawdzali czy nie będziemy zagrożeniem dla pozostałych dzieci w placówce, do której zmierzaliśmy. Jezu! Jak to długo trwało, myślałam że się nigdy nie skończy! Było późne popołudnie, kiedy w końcu dotarliśmy do celu, czyli Państwowego Domu Dziecka nr.2 w Bartoszycach, przy ulica Marksa 45. Był to mój nowy adres przez długie lata.


Wioski czy PGR-y, w których mieszkałam to pikuś! Mało domów, jakieś zagrody, krzaki, a TU? Zderzenie z miastem, to było coś! Zachłannie rozglądałam się we wszystkie strony. Chociaż urodziłam się w mieście Nidzica, to tak naprawdę nie myślałam, że istnieje coś więcej poza wioską! W Domu Dziecka odebrała nas Pani Jadzia, żona Dyrektora Pana Tadeusza. Była tam wychowawczynią. W związku z tym, że praktycznie cały dzień gdzieś tam jeździliśmy, badano nas i tak dalej to jedliśmy tylko jakieś kanapki, więc musieliśmy być głodni. Pani Jadzia zaprowadziła nas na stołówkę, stały tam czteroosobowe stoliki rozstawione po całym pomieszczeniu. Jeden z nich był nakryty na trzy osoby, czyli nas. Zanim doniesiono nam jedzenie odbyła się rozmowa z nami, uświadomienie gdzie jesteśmy. Myślę że ta rozmowa dotyczy wszystkich nowo przybyłych.
- Od dziś jesteście wychowankami Domu Dziecka, nie wolno wam nigdzie stąd wychodzić bez wiedzy i pozwolenia wychowawcy, każdy ma jakieś obowiązki, które będziecie musieli wykonywać. Ale nie martwcie się, nie będzie tak źle - tu uśmiechnęła się i starała się być bardzo miła. Ten moment każdy z nowo przybywających odbierał inaczej. Dla niektórych został traumą na długie lata, a niektórym przeszło gładko, tak jak mnie, bo tak naprawdę mało jej słuchałam, moje myśli krążyły po stole. Zapytała jeszcze:
Macie jakieś pytania? Chcecie coś wiedzieć? Ja oczywiście - tak! Miałam pytanie, ale nie dotyczące Domu Dziecka, tylko nakrycia stołu! Wtedy Pani Jadzia mówiła, ja cały czas zastanawiałam się. Po co są dwa talerze i tyle różnych rzeczy na stole? W domu była miseczka, łyżka i dość! Wystarczyło by się najeść, a tu jakoś dziwnie?!?
W jednym talerzu zjecie zupę, a w drugim ziemniaki z dodatkami - tłumaczyła wychowawczyni.
- Łyżka służy do zupy, widelec i nóż do drugiego dania.
Była to wyczerpująca odpowiedź, dla mnie wystarczyła. Przyniesiono nam obiad, który ze smakiem zniknął z talerzy. Pani Jadzia siedziała z nami przez cały czas posiłku. Później zaprowadziła nas do grup. Rysiek i Agatka byli w maluchach, były tam dzieci, które jeszcze nie chodziły do szkoły, ja natomiast byłam przydzielona do średniej. Grupa maluchów mieściła się w tym samym budynku co moja, tylko oni byli na drugim piętrze. Na tym samym piętrze mieściła się pracownia krawiecka, w której pracowała Pani Lodzia Sz. Szyła nam ubrania albo cerowała, naprawiała uszkodzone. Tam też znajdowało się mieszkanie Dyrektora. Miał dwóch synów, Jurka i Bogdana. Jurka rzadko widywaliśmy, mieszkał gdzieś po za domem. Bogdan, który był młodszy, często miał z nami kontakt. Zazdrościliśmy mu, że ma swój dom. Na pierwszym piętrze, były dwie grupy - średnia i starsza, był też gabinet Pani higienistki. P. Szmit była złotą kobietą, dbała o nas, podawała witaminy, leki jeśli ktoś zachorował i tran przy obiedzie, fujjj!!! Znajdowała się też tam łazienka, z której korzystaliśmy wszyscy i pomieszczenie zwane prasowalnią (do tematu prasowalni jeszcze wrócę). Na parterze była wspomniana stołówka i zmywalnia, do której dyżurni znosili brudne naczynia po posiłkach. Trzymano tam naczynia, sztuczce, kubki i dzbanki itd… Dalej był gabinet Dyrektora, koło którego chodziliśmy na paluszkach, obok sekretariat, na przeciw gabinetu świetlica, w której odrabialiśmy lekcje i mieliśmy różne zajęcia. Był tam telewizor włączany tylko na wybrane programy. Na samym dole, czyli w piwnicy mieściła się kuchnia, w której pracowały trzy kucharki P. Jasia Ziębicka, P. Pyrzyk i P. Stefcia (niestety nie pamiętam imienia pierwszej, a nazwiska drugiej), to też były bardzo dobre kobiety. W drugim budynku należącym też do Domu Dziecka mieszkali sami chłopcy. W tym budynku, na samej górze, mieszkało małżeństwo wychowanków - Pani Teresa i Pan Bazyli D. To oni głównie zajmowali się chłopcami. Między domami było boisko, był też ogródek warzywny, w którym musieliśmy pielić grządki, nie lubiłam tego skubania trawy. Był też budynek gospodarczy całkiem nieduży, chowano tam świnki, którymi zajmował się pan woźny. Tak mniej więcej wyglądał nasz Dom Dziecka nr.2.


Był też Dom Dziecka nr.1 na Limanowskiego w lasku TPD (do dnia dzisiejszego tam jest). Jedynka wyglądała jak koszary. Duże długie korytarze, dzieci miały tam więcej swobody. U nas był większy rygor. Czasami w szkole dzieciaki pytały:
Z którego jesteś bidula?
W pierwszych dniach pobytu było obco, najgorsze ze wszystkiego było to, że nie mogłam widywać rodzeństwa, nie można było biegać sobie po grupach, tęskniłam do nich, nie wiedziałam czy płaczą? Jak się bawią? Początki nieprzyjemne i ogromna chęć powrotu do domu. Ale to nic! Mama obiecała, że niedługo przyjedzie i nas zabierze, tylko muszę poczekać! I tak czekałam… czekałam, płakałam w poduszkę, znowu siedziałam przy oknie, żeby ją wypatrzeć, rozmawiałam z nią w myślach. I znowu z żalu serce pękało, że nas nie kocha, zapomniała o nas, a przecież OBIECAŁA!!! Przyjechała dopiero po kilku latach. Opisałam to spotkanie we wpisie z dnia 25 kwiecień 2012r.

czwartek, 10 maja 2012

Nasze mieszkanie składało się z jednego pomieszczenia. Była tam kuchnia, dwa spania i szafa ustawiona w rogu pokoju. Szafa była lekko odsunięta od ściany, co tworzyło wejście za nią, do niby spiżarni w kształcie trójkąta. Mama trzymała tam warzywa i ziemniaki. Zapach był niezbyt fajny jeśli za długo coś leżało. Czasami odkażała i truła insekty w mieszkaniu, zwłaszcza latem kiedy muchy brzęczały bez końca. Używała środka pod nazwą Azotoks (nie wiem czy tak się to prawidłowo pisze), rozsypywała go na płytę rozgrzanego pieca, zamykała wszystko szczelnie, a my wychodziliśmy z domu na cały dzień. Gdzieś w południe mama wchodziła do mieszkania, otwierała okna i do wieczora wietrzyła. Było to skuteczne działanie. Tego zapachu nigdy nie zapomnę, wszędzie go rozpoznam.


Jak wcześniej wspomniałam, mama pojechała z koleżankami z pracy do cyrku. Obowiązki gospodyni spadły na mnie. Po paru godzinach dzieciaki zaczęły marudzić, nie wiedziałam o co im chodzi? Potem zaczęły płakać! Były po prostu głodne! Wysmarowałam im pajdy chleba margaryną i posypałam cukrem, zajęły się jedzeniem i na jakiś czas był spokój. Z niecierpliwością czekałam na powrót mamy. Zaczął zapadać zmrok, a jej wciąż nie było!!! Usiadłam przy oknie i śledziłam kiedy wróci transport, który zawiózł ludzi do cyrku, bo wtedy mama będzie z nami. Nareszcie jest...! Biegnę do grupy wysiadających ludzi, szukam mamy… NIE MA JEJ!!! Serce pęka, szukam jeszcze raz i nic! Mamy nigdzie nie ma. Pytałam:
- Gdzie mama? Gdzie mama? - nikt nie wiedział.
Przerażenie, smutek, strach! Co teraz? Łzy spływały po policzkach, z łkaniem wróciłam do domu. To dziwne, teraz tak myślę, dlaczego nikt się nie zainteresował czy mamy jakąś opiekę, może dla nich było oczywiste, że tak. Bo przecież nikomu do głowy nie przyszło, że jest inaczej. A jednak. Kiedy wróciłam do domu było już całkiem ciemno. Dzieciaki spały, a ja jakoś nie mogłam zasnąć. Następnego ranka trzeba iść do szkoły (cały czas miałam swoją panią przed oczyma jak stoi w drzwiach mieszkania, nie mogłam tego powtórzyć). Lecz co z dziećmi? Dogadałam się z Agatką, przecież miała już PIĘĆ LAT!!! Musiała rozumieć co do niej mówię!
- Musimy być grzeczni dopóki mama nie wróci. Muszę iść do szkoły, bo Pani nie może dowiedzieć się, że nie ma mamy.
Agata kiwała tylko głową, myślę że rozumiała. Dałam dzieciakom łyżki i kubki, przykazałam, że muszą bawić się przed domem, bo ja będę je widziała ze szkoły. Faktycznie je widziałam, nasz dom stał przy drodze, szkoła też, tylko na lekkim wzniesieniu. Gdy wychyliłam się z ławki do tyłu widziałam dzieci, blisko mieliśmy do szkoły. Na każdej przerwie biegłam do nich, i pędem wracałam do klasy. Za żadne skarby pani nie mogła domyśleć się, że mamy nie ma. Bardzo chciałam ją chronić, instynktownie czułam, że zrobiła coś złego zostawiając nas samych. Ugotowałam zupę „zagraj”, zjedliśmy ją z dzieciakami i jakoś dzień zleciał. Ale mamy wciąż nie było, znowu ta straszna noc i siedzenie przy oknie. Wypatrywanie mamy na drodze, i choć nie wiem jak bardzo patrzyłam, jak bardzo chciałam ją zobaczyć, wciąż jej nie było!
 


Przytoczę fragment wiersza „NOSTALGIA” zamieszczonego we wcześniejszym wpisie w dniu 2go maja 2012.
„Tylko serce to samo
Jak kiedyś - bije szybciej
Gdy wypatrywałam Twej postaci
Na mrocznej ścieżce z nikąd”

W wierszach zawarłam swój życiorys, tak to jakoś samo się pisało.
 


Kolejny dzień i jeszcze kolejny, wyjedliśmy wszystko co było w domu do zjedzenia, a mamy dalej nie było!!! Dzieci zaczęły popłakiwać, a ja razem z nimi. Boże co ja mam zrobić - płakałam, tak długo udało mi się ustrzec tajemnicy, ale teraz jesteśmy głodni! Wpadłam na pomysł, że przypilnuję kiedy żołnierze skończą jeść i wyjdą ze stołówki, może coś zostawią? Zabiorę to i przyniosę do domu! Tak też zrobiłam, znalazłam jakiś słoik i w napięciu czekałam. Gdy zostali żołnierze sprzątający po obiedzie, weszłam ostrożnie i zapytałam czy coś zostało do jedzenia? Dali mi do słoika zupy i chleb z koszyków w jakąś torbę. Szczęśliwa pofrunęłam do domu, pałaszowaliśmy aż uszy się trzęsły. Już byłam spokojna o jedzenie, tylko żeby mama wróciła... Niestety w szkole pani zauważyła, że siedzę niespokojnie i ciągle gdzieś biegam, nie dało się więcej tego ukrywać. Kazała mi zostać po lekcjach i oczywiście musiałam powiedzieć wszystko, nie było już żadnej tajemnicy. Powiedziała tylko:
- Jutro przyprowadź siostrę i brata do szkoły,
- Dobrze – odrzekłam, i na drugi dzień do szkoły poszliśmy całą trójką. Pani posadziła maluchy w ostatniej ławce, dała im kartki papieru i kredki, i dzieciaki bawiły się. W szkole zawsze dostawaliśmy na drugie śniadanie kubek gorącego mleka i zwykłą bułkę, tego dnia dała też Ryśkowi i Agatce. Nie bałam się już, że gdzieś sobie pójdą, a ja ich nie znajdę. Wieczorem do domu przyszła jakaś sąsiadka i zajęła się nami. Następnego dnia nie musiałam brać dzieci do szkoły, rano przyszła sąsiadka i zaopiekowała się dziećmi. Każdego dnia, każdej minuty, miałam nadzieję, że mama wróci.


Któregoś dnia do klasy weszła elegancko ubrana kobieta, wywołała mnie po nazwisku i powiedziała, żebym zabrała swoje rzeczy i poszła z nią. Spojrzałam z dumą na dzieciaki w klasie, że to właśnie ja zostałam wybrana a nie któreś z nich (ale byłam głupia!). Poszłam z tą panią do samochodu i podjechaliśmy kawałeczek pod dom - tak krótko? Byłam zawiedziona, nie mam pojęcia co miałam w głowie, na co liczyłam.
Weszłyśmy do domu a tam... MAMA!!! Pełna dziecięcej radości pobiegłam do mamy, chciałam tak bardzo przytulić się do niej. Mama popatrzyła mi w oczy i powiedziała:
- Tereska pojedziecie teraz do domu dziecka,
- Co to jest dom dziecka? - pytałam zszokowana,
- Tam jest dużo dzieci, będzie telewizor, będzie wam tam dobrze - opowiedziała,
- Jak to, a Ty? - jakoś trudno to do mnie docierało,
- Ja niedługo przyjadę po was i zabiorę do domu, będziemy znowu razem.


W pierwszym momencie chciałam uciec, schować się do mojego zagajnika, wierzyłam, że tam nikt mnie nie znajdzie i nie zabierze od mamy! Roiło się w tej małej głowie tysiąc pomysłów, jak siebie i rodzeństwo ocalić. Żaden nie był na tyle dobry i skuteczny. Podjęłam decyzję, że nie opuszczę dzieci i pojadę z nimi. Ktoś musi się nimi opiekować, nie zostawię ich samych gdzieś tam! Wtedy tak mi się wydawało, że to ja zadecydowałam, że pojadę z nimi. Choć jak wiadomo nie miałam nic do powiedzenia. BYŁA TO PIERWSZA POWAŻNA DECYZJA PODJĘTA W MOIM ŻYCIU, wierzyłam w to. Zaczęłam pakować do torby jakieś sukienki, ale ta pani powiedziała, że niczego nie zabieramy i wszystko dostaniemy na miejscu. Mama patrzyła na nas i nic nie mówiła, tylko siedziała. Zaprowadzili nas do samochodu i tak zaczęła się moja podróż w nieznane. Wsadziłam głowę w tylną szybę, może jeszcze zobaczę mamę?!? Nie było jej przed domem!!! Wieś oddalała się coraz bardziej i bardziej… Przez łzy rozmywała się coraz mocniej. Tylko domy błyskały szybami okien na pożegnanie. Znikły na zawsze!!!


środa, 9 maja 2012

Ogólnie rzecz biorąc Urbanowo jako PGR musiało dobrze prosperować, dbano o potrzeby mieszkańców. Biorę pod uwagę nawet ten plac zabaw dla dzieci! Wspólna świetlica dla mieszkańców, w której zbierali się wieczorami by pooglądać telewizję, wtedy tylko czarno-białą i może dwa programy. Przyjeżdżało też do wsi kino objazdowe, operator rozstawiał projektor, na którym kręciły się dwie duże szpule z taśmami. Filmy przechowywane były w okrągłych blaszanych pudełkach, z podpisami jaki zawierają film. Wtedy było poruszenie we wsi, panie stroiły się, choć nie wiedziałam po co (teraz już wiem ha ha ha).

Była też w Urbanowie szkoła, co prawda cztero - klasowa, ale najważniejsze że była. Uczyła w niej jedna nauczycielka. Była dyrektorem, nauczycielką wszystkich klas i sprzątaczką jednocześnie. Trudno to sobie wyobrazić?!? Oj nie. Była to postawna kobieta, oddana swojej pracy, bez przerwy zawsze na miejscu. Miała nad klasami swoje mieszkanie, nic nie uszło jej uwadze. Klasy były łączone, 1sza z 2gą i 3-4 też razem. Chodziłam do tej szkoły. Takie nauczanie wymagało dużej uwagi, jak pierwszaki stawiały szlaczki i pierwsze literki, to w tym czasie druga klasa, która zajmowała drugą połowę pomieszczenia, uczyła się czytać. Dziś nie do pomyślenia! Ale i dzieci były grzeczne, jak coś przeskrobały, linijką po łapkach i od razu odechciało się wygłupiać. Nauczycielkę wspominam jako dobrą ale i wymagającą kobietę. Właśnie w tej szkole ukończyłam pierwszą klasę. Do drugiej poszłam już w domu dziecka. Któregoś razu przestałam chodzić do szkoły, nie trwało to długo, może dwa - trzy dni, a do drzwi mieszkania, ktoś zapukał. Otworzyłam… a tam…! A tam stała moja Pani ze szkoły, przyszła z cała klasą, dzieciaki czekały na zewnątrz. Ale się wystraszyłam! Przyszła sprawdzić co się ze mną dzieje! Dlaczego nie chodzę do szkoły? A ja… po prostu nie miałam butów! Stare rozleciały się na amen, a innych nie było! Ależ ja się wstydziłam, oj straszne to uczucie! Pani chwilę porozmawiała z mamą i poszła. Następnego dnia ktoś przyniósł mi buty i znowu mogłam chodzić do szkoły. Nigdy nie odważyłam się opuścić lekcji, w pamięci wciąż miałam obraz nauczycielki w drzwiach i ten wstyd.

Było lato. Naszą świetlicą zawładnęli żołnierze, zrobili sobie tam stołówkę. Mieściła się po drugiej stronie, naprzeciw naszego domu, dlatego widziałam ich dobrze. W tamtych czasach było normą, że wojsko pracowało w PGR-ach, bo jakoś zawsze, w nich ich napotykałam. Jak już wspomniałam PGR dbał o swoich pracowników, fundowano rozrywki różnej formy, wyjazdy do miasta na festyny, czy rozdawano bilety do cyrku jeśli akurat przyjechał. Na jeden z taki wyjazdów wybierała się mama, mówiła że jedzie do cyrku i zaraz wróci. Prosiłam, żeby mnie też zabrała. Nie chciała, tłumacząc, że muszę pilnować rodzeństwa, bo same nie mogą zostać, a ja jestem już duża i mogę ich popilnować. Nie wspomniałam wcześniej, że w Urbanowie była nas trójka dzieci - ja, brat i siostra. Rysiek, który przebywał wcześniej w Małym Domu Dziecka ukończył trzy latka. Musiał przenieść się do domu, albo do normalnego sierocińca, w którym przebywałby do usamodzielnienia się. Mama miała pracę, dobrze się prowadziła, więc mogła dziecko zabrać do domu. Rysiek miał trochę powyżej trzech lat, Agata w granicach pięciu, a ja powyżej ośmiu. No to rzeczywiście byłam bardzo dorosła!!! O zgrozo!!! Suma summarum była nas gromadka Bąbli. No cóż, dla mamy nie miało to znaczenia, przecież chciała jechać do cyrku! Zanim wyjechała przyuczyła mnie co i jak mam robić. Chleb już umiałam posmarować jakby dzieci chciały jeść, nauczyła mnie też jak ugotować zupę, nazywała ją „zagraj”. Była to zwykła kartoflanka, najprostsza z zup. Wystarczyło pokroić kartofle, przesmażyć cebulę, zrobić zacierkę z mąki, wszystko razem zagotować i gotowe! W wieku ośmiu lat już umiałam ją ugotować! To nic, że czasem się poparzyłam, bo szybko się zagoiło. Tak przygotowana i uzbrojona w umiejętności przetrwania zostałam z dwójką maluchów. Nic strasznego, mama zaraz wróci, obiecała kupić cukierków, dam sobie radę!

wtorek, 8 maja 2012

Dzieciństwo, jak słodko to brzmi, chętnie do niego wracamy. Ja też. W zasadzie kiedy mama była w pobliżu, niczego nie potrzebowałam do szczęścia. Zabawki musiałam mieć ich bardzo mało, albo wcale, bo jakoś ich nie pamiętam. Wystarczyła zwykła łyżka, jakiś kubek i kopanie dziur w piachu było frajdą. Budowałam z innymi dzieciakami nasze małe arcydzieła, zbieraliśmy kolorowe szkiełka, które wykorzystywaliśmy w naszych piaskowych fantazjach. Każdego dnie mieliśmy nową fortecę czy zamek, wtykane w piasek kwiatki, patyki udawały ogrody. Przychodziły nam do głowy też głupie pomysły. Któregoś dnia wpadliśmy na pomysł by ujeżdżać świnki, które spokojnie sobie tuptały w krzakach. Dosiadłam jednego z nich, złapałam za uszy, żeby się czegoś przytrzymać, a biedny prosiaczek ze strachu puścił się pędem przed siebie, a ja razem z nim. Daleko nie ujechałam, słabym byłam kowbojem i wylądowałam w pokrzywach, oj jak piekło! Bąble na ciele długo nie dawały o sobie zapomnieć. Zimą zawsze było dużo śniegu, wtedy zjeżdżaliśmy z górki, która prowadziła prosto na mostek nad potokiem. To była droga, na końcu której nad potokiem stał dom. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że o mało nie roztrzaskałam się o ten dom. Dzieciaki, które miały sanki należały do tych bogatszych, a cała reszta zjeżdżała na czym się tylko dało. Upatrzyłam sobie dużą blaszaną miskę, taką że cała w niej siedziałam, to dopiero była jazda! Podczas jednego z takich ślizgów, widziałam jak dom rośnie mi w oczach, a strach razem z nim! Czy zadziałał instynkt? Czy coś innego? Wystarczyło by włączył się alarm, w ostatniej chwili przechyliłam miskę i wypadłam z niej na śnieg, turlając się odbiłam boleśnie od muru. Łatwo sobie wyobrazić czym to groziło! Gdybym w pełnym pędzie wpadła na ścianę domu, nie wiem jak by się to skończyło, brrr!!!

Głodna chyba też nie chodziłam, nie pamiętam tego uczucia, poznałam go dopiero dużo później i wiem jak smakuje. Wystarczyło, że był chleb z wodą z posypanym cukrem, albo smalcem i cukrem ,czy też olejem i cukrem. Smakował też bardzo chleb z ziemniakami. Niejedna osoba pewnie się wzdrygnie „jak można coś takiego jeść”, ale wtedy mi to smakowało!

W PGR leżały całe hałdy węgla, część pod gołym niebem, a część w jakiejś stodole. W domu brakowało opału więc mama wymyśliła sobie, że może zabrać trochę tego węgla. Wprowadziła mnie w tą tajemnicę i razem chodziłyśmy w nocy po węgiel. Czasami niosła go na plecach, innym razem ciągnęła na czymś. Ja miałam pilnować czy ktoś przypadkiem nie idzie, a zwłaszcza stróż, który tam pracował. Gdy chodziłyśmy do stodoły, mama odchylała jedną z obluzowanych desek, a ja że byłam mała wchodziłam do środka by tam nabrać węgla do worka. Nie miałam poczucia, że robię coś złego, wręcz przeciwnie, byłam dumna, czułam się dorosła, przecież mam z mamą tajemnicę! Mama potrzebowała pomocy, a ja z nią byłam i dzięki temu cieplutko było w domu. Z perspektywy czasu patrząc, chyba byłam szczęśliwa w tym Urbanowie. Mama miała pracę przy krowach. Najwięcej kobiet pracowało w oborach. Dostawały jakiś przydział mleka z wieczornego udoju i było całkiem dobrze! Na polach jak okiem sięgnąć żółcił się rzepak, całe łany! Jak to cudnie wyglądało. W pobliżu domu był zagajnik, a w nim plac zabaw dla dzieci, jakieś huśtawki, tzw. koniki do bujania i nie pamiętam co tam jeszcze. Pamiętam za to całe połacie konwalii, jak one ślicznie pachniały! Gdy było mi smutno i miałam podły nastrój, chowałam się w tych konwaliach. Mogłam tam pozostać długo, leżeć i patrzeć na te małe kwiatki, czuć ich zapach, słuchać szumu drzew i śpiewu ptaków, to wszystko koiło każdy smutek!


poniedziałek, 7 maja 2012


Myślę że dziś jest dobry moment, by zwrócić się z prośbą, do wszystkich tych co czytają mojego bloga, o wsparcie i dzielenie się linkiem ze znajomymi itd... Dlatego, że wierzę w siłę przekazu, im większa liczba osób, tym większe prawdopodobieństwo, że trafi to do tej jednej osoby, która rzuci światło na tę całą tajemnicę. Jeśli tak się stanie, na pewno podzielę się tym ze wszystkimi. Dziękuję. 

Dzisiaj zamiast wspomnień, przedstawię kilka moich obrazów.
Zamiłowanie do malowania, odziedziczyłam najpewniej po biologicznym ojcu, bo nauk nigdzie nie pobierałam. Ne stać mnie na nie było, a szkoda! Bądź co bądź to drogie hobby. Oczyma wyobraźni maluję swoje obrazy, nie raz podpatrzone, nie raz wymyślone, pomazałam, pokreśliłam, a jakie wyniki oceńcie sami i podzielcie się swoimi opiniami.










ostatni to fresk na suficie







niedziela, 6 maja 2012

Tym sposobem doszła kolejna, tajemnica w moim życiu do rozwiązania. Kto jest moim biologicznym ojcem? Po latach, gdy byłam już dorosła, odnalazłam ojca „metrykalnego”. Dzięki temu, że kontaktował się z Agatą. Musiałam się z nim zobaczyć. Bo kto inny, jeśli nie On będzie znał rozwiązanie owej tajemnicy. Pojechałam tam razem z siostrą, we dwie zawsze raźniej. Weszłyśmy do jego domu i stanęłam jak wryta! To był ten sam pokój! Tylko inaczej ustawiony, pod oknem stał stół, a łóżko wzdłuż ściany. Poczułam jak przebiega mnie zimny dreszcz. Zapytałam go:
- Kto jest moim biologicznym ojcem? - przecież musisz to wiedzieć
- Wiem - odpowiedział - Ale nigdy ci nie powiem
- Dlaczego? - nie mogłam zrozumieć
- Bo nie będziesz chciała mnie znać.
Co za paranoja! Chyba ma coś nie tak z głową! - pomyślałam, niestety uparł się i nigdy nie dostałam odpowiedzi na moje pytanie. No cóż, miał w tym swój cel. Kiedy byłam w ciąży z moją trzecią córką, do moich drzwi zapukała pani z Opieki Społecznej.
- Przyszłam przeprowadzić wywiad, odnośnie pani statusu materialnego, ponieważ zgłosił się do nas pani ojciec celem uzyskania alimentów od swoich dzieci, gdyż jak twierdzi jest mu bardzo ciężko, nie ma środków na utrzymanie, i jest chory na cukrzycę. Myślałam, że się przesłyszałam, prosiłam by jeszcze raz powtórzyła, ale nie, powtórzyła to samo!!! Cały świat przewróci mi się do góry nogami. Oburzenie moje sięgało zenitu, co za tupet?!? Gdzie On był przez te wszystkie lata, a nie teraz, gdy mam dzieci. Przecież powiedział mi prosto w twarz, że nie jestem jego córką.
Absolutnie nic mu nie będę płacić!!! - krzyczałam, dopiero zmieniłam mieszkanie, jestem na kredytach, z trzecim dzieckiem w ciąży itd... wściekałam się. Dobrze, że Pani z Opieki była wyrozumiała.
- Widzę, że pani jest ciężko, proszę się uspokoić. - Napisała jakieś notatki i dzięki Bogu na tym się skończyło.



Po kolejnym długim czasie, dostałam pewne informacje od chrzestnej. Była to bliska przyjaciółka mamy. Powiedziała, że mój biologiczny ojciec miał na imię Janusz. Był to chłopak, który przyjechał do PGR-u z grupą żołnierzy, do jakichś prac polowych. W wojsku był kucharzem (mama wiedziała gdzie się zakręcić, haha). Był przystojny, czarne, kręcone włosy. Ponoć bardzo dobry i zdolny, umiał malować obrazy, wyszywać, co na chłopaka było dość nietypową zdolnością. Nawiązał się między nimi romans, spotkania przy księżycu, tetate i na którejś z tych randek pojawiłam się JA. Okazało się, że mama jest w ciąży. Nie zapierał się, chciał wziąć na siebie odpowiedzialność i pobrać się z mamą. Ale nie ma tak lekko! Koło mamy kręcił się jeszcze jakiś wioskowy chłopak, Rysiek. Powiedział jej, że kocha, że brzuch mu nie przeszkadza i nic nie będzie chciał od tego Janusza, niech wyjedzie do diabła. No i mama wybrała Ryśka (może tamten był dla niej za spokojny?), nigdy się tego nie dowiem. Janusz wyjechał razem z żołnierzami do jednostki i ślad po nim zaginął, przynajmniej dla mnie. Może myślał kiedyś o mnie, tak jak ja o nim? Ale jak odnaleźć, skoro mama wędrowała tam i z powrotem! Chrzestna mówiła, że charakterem i wyglądem jestem do niego podobna. Chyba miałam szczęście, że przekazał mi właściwe geny. I to tylko tyle na jego temat. Mam nadzieję, że gdzieś jeszcze żyje, na pewno miał jakąś rodzinę, czyli moje przyrodnie rodzeństwo. Jacy są? Jak on żył? Jakim był człowiekiem? Bardzo chciałabym to wiedzieć, ale to raczej nierealne. Kiedyś zgłosiłam się do programu TVP - „ZERWANE WIĘZI”. Powiedzieli, że zajmą się tą sprawą, pod warunkiem że będą mogli wyemitować go w telewizji. Jasne że tak!!! To była moja szansa. Mama też miała więcej dzieci już po nas, nigdy ich nie widziałam, to też moje rodzeństwo! Masakra, tyle tajemnic! Niestety, program na antenie zakończono, a moje zgłoszenie na pewno powędrowało do kosza. Trudno, widocznie nie jest mi pisane by poznać prawdę. Będę czekać, lecz na co? Może zdarzy się COŚ?!? Uff, przebrnęłam przez kwestię OJCÓW, było ciężko. Wracam do dzieciństwa, przecież jakoś dostałam się do tego domu dziecka?!?